Obserwatorzy

piątek, 28 września 2012

Recenzja - Johnson's Baby - Bedtime wash

Gdy dawno temu miałam okazję powąchać żel do kąpieli przeznaczony dla dzieci marki J&J zakochałam się w tym słodkim i urzekającym zapachu.
Po jakimś czasie kupiłam sobie ten żel dla własnego użytku, a dzisiaj chcę go Wam zrecenzować.
Mowa oczywiście o żelu o zapachu lawendy Johnson's Baby Bedtime Wash.


Opis producenta (opakowanie):
Niestety nie znalazłam jego opisu na wizażu, widocznie wersja, którą mam, została już wycofana, a szkoda, bo żel jest na prawdę świetny. Jest za to inny żel: Johnson's Baby, Bedtime, Masujący żel do mycia ciała na dobranoc. Nie wiem, czy to ten sam produkt w innej odsłonie, bo skład nieco się różni.
Najlepszedla dziecka - Nowy rytuał na dobranoc, dzięki któremu Twoje dziecko łatwiej zaśnie i będzie lepiej spało. Działanie oitwierdzone w testach klinicznych. Przed położeniem do łóżeczka umyj dziecko stosując żel do mycia ciała na dobranoc Johnson's Baby Bedtime. Każdy z produktów zawiera opatentowany kompleks aromatyczny NaturalCalm (TM). Formuła No More Tears (TM) jest idealna di delikatnego oczyszczania skóry Twojego dziecka.
Najlepsze dla Ciebie - kremowy żel pomoże Ci się zrelaksować i cieszyć spokojnym snem w nocy.

Skład: Aqua, Glycerin, Sodium Laureth Sulfate, Coco-Glucoside, Polysorbate 20, Sodium Lauroamphoacetate, hydroxypropyl Starch Phosphate, Citric Acid, PEG-150 Distearate, Styrene, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Paraffinum Liquidum, Polyquaternium-7, Sodium Chloride, Sodium Hydroxide, Hydroxypropyl Starch Phosphate, Sodium Benzoate, Parfum, CI 17200, CI 42090.

Moja opinia.

Opakowanie: żel znajduje się w butelce z twardego plastiku w kolorze mleczno-lawendowym. Butelka stoi na zamknięciu - klapce typu 'klik', bez problemu otwiera się nawet wilgotnymi dłońmi, otwór zapewnia wydobycie kosmetyku bez problemów i w odpowiedniej ilości. Plastik jest zupełnie nieprzezroczysty, nie widać ile kosmetyku zostało w środku. (0,75 pkt/1).






Konsystencja/kolor: produkt ma typowo żelową konsystencję, delikatnie lepką, kolor bardzo delikatnie lawendowy. Dobrze się aplikuje, nie potrzeba go dużo, aby umyć całe ciało. (1 pkt/1).

Zapach: cudowny zapach lawendy, trochę bardziej intensywny niż w przypadku balsamu. Zapach utrzymuje się na skórze ok. 2 godzin. (1 pkt/1).

Pojemność/wydajność: butelka zawiera 400 ml produktu. Ze względu na to iż do jednorazowej kąpieli nie potrzebujemy go wiele, produkt jest bardzo wydajny. (1 pkt/1).

Działanie (6 pkt/6):
+ żel ma bardzo dobrą konsystencję
+ dobrze się pieni
+ świetnie myje
+ nie przesusza skóry, po kąpieli nie jest ona napięta czy swędząca
+ nie pozostawia na skórze tłustego filmu
+ doskonale się spłukuje
+ piękny zapach długo utrzymuje się w powietrzu dodatkowo umilając kąpiel

Podsumowanie: jest to świetny żel pod prysznic, doskonale spełnia swoje zadanie myjąc ciało jednocześnie nie powoduje przesuszenia skóry, co jest ważne zwłaszcza jeśli nie mamy czasu lub nie lubimy się balsamować.
Czy kupię ponownie? MOŻE, jak zużyję inne preparaty czekające w kolejce :)
Ocena: 9,75 pkt/10

poniedziałek, 24 września 2012

Recenzja - Plastry Compeed czyli mój sposób na opryszczkę

Temat jak najbardziej na czasie, przy zbliżającej się wielkimi krokami jesieni i sezonem przeziębień.
Zapewne każdy z nas, kto choć raz miał do czynienia z piekącym, bolącym i swędzącym bąblem w okolicy warg doskonale wie, jak opryszczka potrafi utrudnić życie. Zwłaszcza gdy pojawi się w miejscu, z którego pod wpływem jedzenia czy picia nałożony preparat po prostu się ściera.
Jestem niestety jedną z wielu nieszczęsnych nosicieli wirusa opryszczki, który lubi się uaktywniać w różnych dziwnych momentach mojego życia. Ale na szczęście znalazłam na małą francę sposób, a są nim
Compeed Total Care Invisible czyli plastry na opryszczkę.



Opis producenta (wizaz.pl):
Plaster na opryszczkę Compeed to nowoczesny, niewidoczny plaster, który leczy objawy opryszczki wargowej we wszystkich fazach rozwojowych.
Plaster nie zawiera substancji czynnej, ponieważ nie ma na celu zapobiegania namnażaniu się wirusa, lecz jedynie leczenie objawów opryszczki. COMPEED TOTAL CARE™ leczy zmianę chorobową dzięki warstwie Hydrokoloidu-075, stosowanego do leczenia ran. Wykorzystanie tego materiału pozwala na tworzenie ultracienkich, elastycznych i dyskretnych opatrunków.
Cena: ok. 20 zł/15 sztuk

Moja Opinia.
Opakowanie: plastry dostajemy w bardzo wygodnym, plastikowym opakowaniu, które wielokrotnie możemy otwierać i zamykać. W środku jest lusterko, niestety we wszystkich opakowaniach jakie miałam (a trochę ich już było) odklejało się one, więc zaraz po zakupie szło do kosza. Pudełko jest wygodne i poręczne, bez problemu zmieści się w torebce czy kosmetyczce. Każdy plasterek zapakowany jest w osobne opakowanie ochronne z folii i papieru. (1 pkt/1)

Konsystencja/kolor: nd.
Zapach: nd.

Pojemność/wydajność: w opakowaniu znajdziemy 15 plasterków, jest to wystarczająca ilość na cały cykl leczenia. (1 pkt/1).
Działanie:
plasterki działają już od pierwszych symptomów pojawienia się opryszczki, często nałożone tuż po zauważeniu pierwszych objawów zapobiegają pojawieniu się wykwitu
+ gdy nie uda nam się zareagować odpowiednio wcześnie, chronią zimno przed stycznością z zarazkami, a także zapobiegają jego rozprzestrzenianiu się
+ sprawiają, że opryszczka jest mniej widoczna
+ wspomagają gojenie choć nie zauważyłam, aby skracały okres gojenia się opryszczki
+ po pęknięciu pęcherzyka zapobiegają rozprzestrzenianiu się bakterii, wspomagają gojenie i nie pozwalają na kontakt otwartej rany z czynnikami zewnętrznymi
- nie pozwalają zasuszyć się sączącej ranie, dlatego na noc nigdy ich nie używam (stosuję krem na opryszczkę lub olejek z drzewa herbacianego po uprzednim dokładnym nawilżeniu okolic w których pojawiło się zimno) pozwalam, aby skóra oddychała a na zimnie utworzył się strupek, rano natomiast naklejam nowy plasterek
- lubią się odklejać pod wpływem napojów bądź jedzenia, dlatego w ciągu dnia lepiej mieć jeden lub dwa w zapasie w razie gdyby się odkleiły. (5 pkt/6).

Podsumowanie: rewelacyjnie sprawdzają się na opryszczkowe wykwity, zapobiegając jej rozprzestrzenianiu się i ułatwiając nam życie podczas gojenia.
Czy kupię ponownie? Bezapelacyjnie TAK.
Ocena: 7 pkt/8

Znacie te plasterki? A może macie jakieś inne sposoby radzenia sobie z opryszczką?

piątek, 21 września 2012

Niekosmetycznie - Recenzja książki - Klub Miłośniczek Czekolady - Carole Matthews

Lubię kobiecą literaturę. Odpręża mnie, pozwala spojrzeć na własne problemy i zgryzoty z dystansu, odstresować się i pozwolić działać wyobraźni.
Ostatnio w moje ręce wpadła pozycja bardzo kobieca, o niezwykle smacznym tytule Klub Miłośniczek Czekolady.


Jest to historia czterech przyjaciółek mieszkających w Londynie. Każda z dziewczyn jest inna, każda ma swoje własne życie, problemy i zmartwienia, jednak ich przyjaźń jest godna podziwu i pozazdroszczenia.
Pierwszą bohaterką jest Lycy Lombard, która z pozycji narratora opowiada nam o swoim życiu, a także życiu swoich przyjaciółek.
Lucy pracuje jak pracownik tymczasowy, jednak utknęła od dłuższego czasu w jednej firmie na stanowisku asystentki. Praca w jej zdaniem bardzo szowinistycznej firmie średnio jej się podoba, swoje obowiązki wykonuje 'po łebkach', a większość czasu spędza na flirtowaniu ze swoim przełożonym, którego przekornie nazywa 'Lubym'.
Chantal to amerykanka, która wraz z mężem przeprowadziła się kilka lat wcześniej do angielskiej stolicy. Chantal jest po mężu bogata, ma bardzo wysublimowany i drogi gust, pracuje w jednym z czasopism dotyczącym wystroju domów, a brak zainteresowania ze strony męża rekompensuje sobie coraz to nowymi romansami, które niestety z czasem sprowadzą ją na manowce.
Autumn to kobieta bogata z domu, bardzo wrażliwa na krzywdę innych. Ponieważ rodzice zapewnili jej zarówno w dzieciństwie jak i w starcie w dorosłe życie niemal wszystko, ona pracując z trudną młodzieżą stara się ułatwić przyszłość im. Jej największą słabością jest brat, który niestety z powodu uzależnienia od narkotyków pakuje się w coraz większe kłopoty, chcąc nie chcąc wciągając w nie również siostrę.
Nadia to przykładna pani domu, kochająca matka małego Lewisa i żona swojego uzależnionego od hazardu męża. Stara się wszelkimi siłami wiązać koniec z końcem, co niestety utrudnia jej skory do gry i zaciągający coraz większe długi mąż.
Dziewczyny różnią się niemal wszystkim, a poza przyjaźnią łączy je nieskończenie wielka miłość do czekolady.

Książka, choć traktuje o dość ważnych sprawach i problemach, z którymi w dzisiejszym świecie mamy styczność na co dzień, jest jednak lekka w swojej formie i potrafi umilić wieczór, zwłaszcza gdy pod ręką mamy kubek gorącej czekolady :)
Nie jest to ckliwa historia, nie jest to również wiekopomne dzieło, ale przyjemna, lekka lektura na jesienny wieczór. Mamy tu miłość, przyjaźń, zdradę małżeńską, narkotyki, hazard... a wszystko w gęstej, czekoladowej polewie.

Czytałyście? Znacie?

So Sweet Blog Award

Moi drodzy, zostałam wczoraj wyróżniona przez Marikę (http://mariolka2.blogspot.com/) tą jakże słodką i miłą nagrodą. Bardzo, bardzo dziękuję za wyróżnienie :)
Wyróżnienie otrzymałam również od lifepassionlovee (http://lifepassionlovee.blogspot.com/). Dziękuję :)
Kolejne wyróżnienie otrzymałam od LaNina (http://exclusive1mln.blogspot.com/). Bardzo dziękuję :)


Teraz ja mam wyróżnić 5-10-15 blogów, które najczęściej czytam.
Jest to o tyle trudne, że czytam w zasadzie wszystkie blogi jakie mam zaznaczone w obserwowanych, jeśli tylko tematyka mnie zainteresuje. Ale ok, postaram się wybrać tych 10, które odwiedzam najczęściej.

Nominuję:

Kaprysek http://poradnikbezradnik.blogspot.com/
LaNina http://exclusive1mln.blogspot.com/
Brain For Sale http://queeeniak.blogspot.com/
Marti http://beautyandmac.blogspot.com/
Siempre la belleza blog http://siempre-la-belleza.blogspot.com/
Madziakowo http://madziakowo.blogspot.com/
Smieti i jej babska natura http://smieti.blogspot.com/
My life, My passion, my love http://lifepassionlovee.blogspot.com/
Bella http://bella-beauty-bella.blogspot.com/
Cupkake czyli babeczka http://cupcakeee30.blogspot.com/

Wyróżnionym gratuluję :), to na prawdę było trudne zadanie :(
Pozdrawiam wszystkie moje czytelniczki i raz jeszcze dziękuję za wyróżnienie :)

czwartek, 20 września 2012

Depilacja i epilacja to nie to samo

Dzisiaj post o sposobach usuwania zbędnego owłosienia, zarówno o metodach domowych jak i profesjonalnych, dostępnych tylko w salonach.


Podstawową sprawą jest notorycznie mylenie pojęć depilacji i epilacji i to nie tylko przez przeciętne kobiety. Sprawa dotyczy również twórców reklam czy producentów preparatów i urządzeń, ale co gorsza również blogerki czy, o zgrozo, kosmetyczki. A czym te dwa pojęcia się różnią?
Depilacja - usuwanie części włoska wystającej ponad powierzchnię skóry, jest bezbolesna, daje krótkotrwałe rezultaty. Do metod depilacji zalicza się:
- golenie (usuwanie owłosienia za pomocą żyletki lub maszynki elektrycznej)
- metody chemiczne
Epilacja - usuwanie włoska wraz z korzeniem (cebulką). Jej zaletą jest dłuższy okres odrastania owłosienia, zaliczmy tutaj:
- woskowanie
- cukrowanie
- elektroepilację (elektroliza, elektrokoagulacja, metoda blend, mikroliza)
- metody z zastosowanie światłoterapii (laser oraz IPL)

- metodę ultradźwiękową
- nitkowanie
- usuwanie owłosienia za pomocą epilatorów elektrycznych.

Przy doborze odpowiedniej metody usuwania naszego owłosienia kierować musimy się zaletami i wadami poszczególnych metod, a jest ich sporo.

Depilacja jest bezbolesna, można ją wykonać dość tanim kosztem i nie potrzebujemy do tego jakiegoś specjalnego doświadczenia czy sprzętu.

Maszynka elektryczna z nakładką typu trymer,
maszynka manualna

Do golenia wystarczy zwykła maszynka do golenia (czy to elektryczna, czy manualna), preparat zmiękczający włosy w przypadku maszynki manualnej (pianka, żel, świetnie sprawdza się odżywka do włosów), trochę wody i chwila cierpliwości.
Wady to na pewno dużo szybsze odrastanie włosa w porównaniu z epilacją, możliwość przerwania ciągłości naskórka i nieestetycznych ran mogących prowadzić do późniejszych blizn, a w przypadku maszynki elektrycznej - duża ilość czasu. Maszynki elektryczne niestety nie są bardzo dokładne i trzeba się sporo namęczyć aby usunąć wszystkie włoski, co czasami i tak jest niemożliwe.

Depilatory chemiczne występują pod postacią kremów, pianek lub żeli. Rozprowadzamy je cienką warstwą na powierzchni depilowanej skóry, a po chwili usuwamy wraz z oddzielonymi włoskami za pomocą szpatułki. Zawierają związki chemiczne, które rozrywają wiązania dwusiarczkowe keratyny włosa, co powoduje oddzielenie się łodygi od korzenia.
Do wad zaliczyć należy podrażnienie skóry, które dość często występuje po zabiegu, a także duże ryzyko wystąpienia reakcji alergicznej. Metoda ta należy w zasadzie do metod domowych.

Przy epilacji wybór metody powinien być bardziej przemyślany, a nasze osobiste preferencje mają tu największe znaczenie. Przede wszystkich chodzi o zasobność portfela jak również o wytrzymałość na ból.
Niestety epilacja praktycznie zawsze jest mniej lub bardziej bolesna, u niektórych skóra może wymagać dość długiego czasu aby zagoiły się podrażnienia, a efekt może nie być tak rewelacyjny jakbyśmy tego chciały.

Woskowanie jest jedną z najpopularniejszym metod epilacji w gabinetach kosmetycznych.
Polega na usunięciu włosów przy pomocy podgrzanego wosku, efekt widoczny jest przez 2-4 tygodni.
Woskowanie mimo swoich zalet ma również wiele przeciwwskazań m.in. swieże rany i blizny, brodawki, podrażnienia skóry, świeża opalenizna, rozszerzone naczynia, żylaki, obrzęki, stany gorączkowe, cukrzyca, epilepsja, słaba krzepliwość krwi lub przyjmowanie leków antykoagulacyjnych, zbyt krótkie włosy czy uczulenie na wosk.
Za zabieg woskowania w gabinecie zapłacimy od 30 do 120 zł w zależności od depilowanej części ciała.

W domu najczęściej używamy dostępnych na rynku plastrów z woskiem, które wystarczy chwilę rozgrzać w dłoniach, rozdzielić plastry, przyłożyć do suchej i czystej skóry zgodnie z kierunkiem wzrostu włosa, docisnąć a następnie zdecydowanym ruchem zerwać w kierunku przeciwnym do wzrostu włosa.
Prawidłowo wykonany zabieg zapewni nam gładką skórę na około 2-3 tygodnie (czas ten może być krótszy lub dłuższy w zależności od rodzaju i tempa wzrostu włosów, co jest sprawą bardzo indywidualną). Plastry nie są drogie, ich zastosowanie dość proste, choć aby zabieg wykonywać prawidłowo potrzeba jednak pewnej wprawy. Wosk niestety lubi zostawiać lepką warstwę na skórze, którą można jednak usunąć przy pomocy oliwki.

Plastry z woskiem
Na rynku dostępne są również woski w rolkach wraz z podgrzewaczami lub też w dużych puszkach do nakładania szpatułką (zarówno rolki jak i puszki z woskiem raczej odradzam osobom niedoświadczonym, ich używanie wymaga duże wprawy).
Zestawy są droższe i używane w profesjonalnych gabinetach a ich używanie wymaga sporej wprawy, jeśli jednak już tej wprawy nabierzemy może być to bardzo dobry sposób usuwania zbędnego owłosienia, szybki i relatywnie tani. Wosku używamy podobnie jak plastrów: rolkę podgrzewamy w przeznaczonym specjalnie do tego urządzeniu do odpowiedniej temperatury, następnie nakładamy wosk na suchą i czystą skórę zgodnie z kierunkiem wzrostu włosa, przykładamy pasek z materiału lub flizeliny, dociskamy i po chwili jednym szybkich ruchem (nie szarpiemy!) usuwany wosk wraz ze zbędnym owłosieniem.
Niestety robiąc zabieg samemu możemy nie mieć dostępu do wszystkich części ciała które chcemy zdepilować, na skórze mogą też zostać pozostałości wosku, które podobnie jak w przypadku plastrów usuwamy oliwką.
Zarówno plastry jak i wosk w rolkach mogą powodować podrażnienia skóry, a bez jej odpowiedniej pielęgnacji wrastanie włosków, co może być bolesne, nieprzyjemne i nieestetyczne.

Cukrowanie to usuwanie zbędnego owłosienia za pomocą pasty cukrowej. Jest to metoda delikatniejsza i mniej bolesna niż woskowanie, gdyż pasta cukrowa nie przykleja się tak mocno do powierzchni skóry jak wosk dzięki czemu skóra nie jest tak mocno podrażniona. Cukrowanie można wykonać nawet w przypadku skóry bardzo wrażliwej, dodatkowym atutem jest brak konieczności podgrzewania preparatu, pastę stosujemy w temperaturze pokojowej. Zabieg jest niestety bardziej pracochłonny od woskowania i wymaga dużej wprawy.

Pasta cukrowa

Pastę cukrową możemy zrobić małym kosztem sami w domu, możemy ją także stosować po podgrzaniu jak wosk z tą różnicą, że pastę kładziemy w kierunku przeciwnym do wzrostu włosa, następnie przykładamy pasek materiału, przyciskamy i zrywamy w kierunku zgodnym ze wzrostem włosa. Przy podgrzewaniu pasty musimy jednak pamiętać, aby temperatura była odpowiednia gdyż można się bardzo boleśnie poparzyć - jej głównym składnikiem jest w końcu cukier.

Zarówno w przypadku woskowania jak i zabiegu z użyciem pasty cukrowej, skórę możemy najpierw zabezpieczyć talkiem (zasypką dla dzieci) co zapobiegnie przyklejaniu się preparatu do skóry, dzięki czemu zabieg będzie mniej bolesny i nieprzyjemny. Zasypka jednocześnie nie wpływa negatywnie na skuteczność zabiegu.

Zasypka dla niemowląt do zabezpieczenia skóry
Elektroepilacja to zabiegi usuwania zbędnego owłosienia wykorzystujące do tego prąd elektryczny. Na korzeń włosa oddziałujemy prądem doprowadzając go do zniszczenia.
Elektroliza - metoda chemiczna wykorzystująca prąd galwaniczny o niskim napięciu i małym stężeniu.
Zabieg polega na wprowadzeniu elektrody w postaci igły, podłączonej do aparatu wytwarzającego prąd bezpośrednio w mieszek włosowy i dotarciu aż do opuszki włosa. Prąd powoduje reakcję chemiczną z wytworzeniem silnie zasadowego środowiska ci doprowadza do chemicznego oparzenia i w efekcie do uszkodzenia brodawki (odpowiadającej za odżywienie włosa, a zatem po jej uszkodzenia włos obumiera i samoistnie wypada). Zabieg jest dość bolesny i czasochłonny, bo każdy włos musi zostać potraktowany osobno, dlatego stosuje się ją zazwyczaj na małych powierzchniach.
Elektrokoagulacja (diateria) - metoda termiczna z użyciem prądu, wykorzystująca prąd zmienny o wysokiej częstotliwości, który przepływając wytwarza wysoką temperaturę (ok. 70 st. C) doprowadzając do ścięcia białka budującego korzeń włosa.
Sam zabieg wygląda podobnie do elektrolizy - w mieszek włosowy wprowadzana jest igła podłączona do generatora prądu, igła dociera do opuszki włosa a przepływający prąd uszkadza strukturę korzenia.
Metoda blend - to połączenie elektrolizy i elektrokoagulacji. Urządzenie wytwarza jednocześnie prąd stały i zmienny, które stosowane są naprzemiennie, uszkadzając korzeń włosa zarówno chemicznie jak i termicznie.
Mikroliza - wykorzystuje prąd stały o niskim napięciu i małym natężeniu. Na elektrodę nakłada się specjalny żel zawierający ekstrakty roślinne i olejki eteryczne, tak przygotowaną elektrodę przykłada się do powierzchni skóry i przesuwa po niej przez ok. 10 minut. Przepływający przez tkanki prąd powoduje wniknięcie składników czynnych żelu do mieszka włosowego i rozpoczyna proces uszkadzania korzenia. Zabieg nie jest bolesny a jego metodyka pozwala na zastosowanie go na dużych powierzchniach. Do przeciwwskazań zaliczmy ciążę, metalowe wszczepy w tkankach, rozrusznik serca, sztuczne zastawki serca, ropne i zapalne stany skóry oraz stany gorączkowe.
Elektroepilacja jest metodą trwałego usuwania owłosienia, jednak jej skuteczność w dużej mierze uzależniona jest od fazy cyklu rozwoju włosa, dlatego zabieg trzeba powtórzyć kilkukrotnie, średnio w odstępach 4-tygodniowych.

Światłoterapia: laser i IPL
Fototermoliza - uszkodzenie termiczne pod wpływem działania światła.
Metoda laserowa - polega na naświetlaniu owłosionej skóry światłem laserowym przez określony czas. Jego działanie zależy od obecności melaniny w opuszkach włosów, która pochłania światło laserowe i kumuluje je, zmieniając na energię cieplną. W mieszku dochodzi do znacznego podniesienia temperatury (do ok. 72 st. C), co powoduje ścięcie białka budującego struktury korzenia włosa, czego efektem jest jego uszkodzenie.
Nie jest polecane osobom o ciemnej karnacji ze względu na dużą zawartość melaniny w skórze, a najlepsze efekty uzyskuje się u osób z jasną karnacją i ciemnymi włosami. Zniszczeniu ulegają włosy anagenowe, podobnie jak w zabiegu elektroepilacji, dlatego zabieg trzeba powtarzać kilkakrotnie w odstępach 4-8 tygodni.
IPL (intensywne światło pulsacyjne) - rozproszona wiązka fal świetlnych o różnej długości i szerokim paśmie. Emitowane jest przez lampę błyskową wyposażoną w zestaw filtrów umożliwiających uzyskanie fal świetlnych o określonej długości. Mechanizm działania jest podobny jak w przypadku lasera. Promienie emitowane przez lampę docierają di mieszków i zostają pochłonięte przez barwnik włosów. W obrębie korzenia podwyższa się temperatura, która uszkadza opuszkę.
Metody świetlne są niestety dość bolesne i drogie.

Nitkowanie to usuwanie zbędnego owłosienia przy pomocy specjalnej bawełnianej nici, która odpowiednio spleciona tworzy pętelkę, za pomocą której jednocześnie usuwamy pojedyncze włoski jak i większą ich ilość. Jest ona praco- i czasochłonna, dlatego stosuje się ją na małych powierzchniach.

Ultradźwięki - powierzchnię skóry pokrywa się warstwą żelu zawierającego odpowiednie enzymy i przykłada głowicę ultradźwiękową. Wytworzone przez nią fale dźwiękowe powodują penetrację enzymów w głąb mieszków, powodując ich uszkodzenie.

Epilatory mechaniczne - usuwanie zbędnego owłosienia za pomocą elektrycznego urządzenia wyposażonego w kilkadziesiąt pęset lub wirujących dysków, które łapią włoski usuwając je wraz z cebulkami.
Obecnie na rynku jest bardzo szeroki wybór tego typu urządzeń, od najprostszych, które możemy kupić za kilkadziesiąt złotych, poprzez takie z nakładkami wibrującymi czy chłodzącymi po urządzenia wielofunkcyjne, z dodatkowymi nakładkami i końcówkami, których ceny sięgają nawet dwóch tysięcy.
Epilatory średniopółkowe, w cenie od 300 do 700 złotych mają najczęściej kilka końcówek, dają nam także możliwość epilacji na mokro, co z pewnością jest mniej bolesne.

Epilator elektryczny

Jeśli jednak mamy średnią do dużej odporność na ból, wystarczające będzie urządzenie za ok. 100 zł, które w swojej funkcjonalności (a w końcu jego głównym zadaniem jest usuwanie owłosienia) nie odstępuje od modeli dużo droższych, czasem może być mniej dokładne i będzie wymagało większej ilości czasu.
Epilacja takim epilatorem wystarcza na ok. 3-4 tygodnie, z każdym zabiegiem staje się mniej bolesna, a włoski najczęściej odrastają słabsze i cieńsze (przy czym nie zawsze tak jest). Ponadto urządzenie to jednokrotny wydatek na lata. Skóra po zabiegu może być zaczerwieniona i podrażniona, może się też przesuszać dlatego pamiętać trzeba o jej właściwym nawilżaniu i złuszczaniu. Regularny peeling zapobiegnie też wrastaniu włosków, co może prowadzić do poważnych powikłań z zapaleniem okołomieszkowym włącznie.

Jak widzicie metod usuwania zbędnych włosków z miejsc, w których nie chcemy ich mieć jest mnóstwo. Ja ich nie oceniam, każdy powinien wybrać metodę najlepszą i najskuteczniejszą w swoim wypadku, dostosowaną do potrzeb, możliwości finansowych jak i rodzaju skóry.
Ja osobiście najbardziej preferuję epilator elektryczny oraz maszynkę do golenia w połączeniu z odżywką do włosów. Chodziłam swego czasu na zabiegi IPL, ale niestety nie przyniosły u mnie oczekiwanych rezultatów. Może kiedyś pokuszę się na jedną z metod trwałego usuwania owłosienia, niestety obecnie jest to daleko poza moim zasięgiem finansowym.

A Wy jakie metody depilacji bądź epilacji stosujecie? Polecacie coś? 

Bibliografia:
"Kosmetologia podstawy" Magdalena Kaniewska, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne sp. z o.o., Warszawa 2011, wydanie I

wtorek, 18 września 2012

Recenzja - Honolulu by W7 - bronzer

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją bronzera firmy W7 o nazwie Honolulu. Zapraszam.



Opis producenta (wizaz.pl):
Puder brązujący, matowy. Doskonały do konturowania,modelowania twarzy i ciała.
Do tekturowego opakowania dołączony pędzelek.

Skład: Mica, Magnesium Stearate, Zinc Stearate. Hydrogenated Polyisobutene, Wthylhexyl Palmitate, Bis-Diglyceryl Polyacyladipate-2, Dimethicone, Mineral Oil/Sorbitan Oleate/Hydrogenated Polyisobutene/Polysorbate 80, Silica, tocopheryl Acetate, Propylparaben, Methylparaben, Nylon-12, May Contain: Cl 77499 (Iron Oxide Black), Cl 77492 (Iron Oxide Yellow), Cl 77491 (Iron Oxide Red).

Cena: 14,90 zł/6g (allegro)

Moja Opinia.
Opakowanie: pudełeczko z solidnego kartonu, w ładnych dziewczęcych kolorach z motywem kwiatków na wieczku. W zestawie dostajemy płaski pędzelek. Opakowanie jest ciekawe, ładnie wygląda na półce, jednak przy wyjazdach może być niepraktyczne, bo jak na tę ilość produktu jest bardzo duże. Mnie się jednak podoba ta forma. (0,75 pkt/1)

Konsystencja/kolor: bronzer jest w formie pudru w kamieniu. Konsystencja pudrowa, wykończenie zupełnie matowe, bez drobinek, kolor to ciemny brąz. (1 pkt/1).

Zapach: w opakowaniu lekko chemiczny, niewyczuwalny jednak na skórze czy podczas aplikacji. (1 pkt/1).

Pojemność/wydajność: opakowanie zawiera 6 g produktu i jak większość kosmetyków tego typu zapewne będzie mi służyło wieki. (1 pkt/1).

Działanie: bronzer ma przepiękny, zupełnie matowy odcień. Nakłada się go łatwo, nie robi problemów z rozcieraniem, można kłaść warstwowo w zależności od oczekiwanego efektu. Nie robi plam na twarzy, nie trzeba do jego używania wielkich umiejętności. Do nakładania można używać załączonego pędzelka, choć dla mnie jest trochę za sztywny, wolę używać kuleczki z Hakuro. (6 pkt/6).

Podsumowanie: obecnie mój ulubieniec wśród kosmetyków do konturowania, z całą pewnością zostanie ze mną na długi czas, zwłaszcza, że cena jest bardzo zachęcająca.
Czy kupię ponownie? Jeśli w ogóle kiedykolwiek go zużyję, z całą pewnością TAK.
Ocena: 9,75 pkt/10
Znacie produkty tej firmy? Używacie?
Ps. Nie znam kosmetyków marki Benefit, nigdy ich nie używałam, ale opakowanie tego produktu jest łudząco podobne do produktów właśnie Benefita.

Pps. Specjalnie na Wasze życzenie zdjęcie jak wygląda na skórze. Ja go kładę zamiast różu. Jakość zdjęć nie powala, ale coś tam widać ;)


piątek, 14 września 2012

Recenzja - Estien - Algi czekoladowe

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją maski algowej typu algum marki Estien, konkretnie maseczki Algi Czekoladowe.

Jestem wielką fanką maseczek algowych, uważam, że są doskonałe dla skóry zwłaszcza suchej, pięknie ją nawilżają, lekko napinają skórę, sprawiają, że jest gładka i elastyczna. Przez długi czas zaopatrywałam się w algi głównie z profesjonalnej linii Bielendy, niestety nie należą one do najtańszych produktów, dlatego też szukałam tańszej alternatywy. Udało mi się wyszukać w internecie markę Estien, na ich stronie internetowej zaopatrzyłam się w kilka rodzajów maseczek, nie tylko algowych i teraz testuję sobie ich produkty.
Jakiś czas temu opisywałam Wam inną ich maseczkę algową, możecie o niej przeczytać tutaj.

Algi czekoladowe - Estien.pl


Opis producenta (www.estien.pl):
Profesjonalne czekoladowe algi hydroplastyczne. 
Duże, wydajne opakowanie z pierścieniem gwarancyjnym.

Wskazania do zabiegu:
- utrata jędrności i przedwczesne starzenie się skóry,
- nadmierna tkanka tłuszczowa,
-  cellulit, rozstępy,
- osłabienie skóry podczas diet odchudzających,
- skóra zanieczyszczona, zmęczona i szara,
- chęć głębokiego relaksu i odprężenia.

Działanie zabiegu:
- wzrost elastyczności i jędrności skóry,
- likwidacja objawów cellulitu,
- redukcja tkanki tłuszczowej,
- poprawa smukłości sylwetki,
- wzmocnienie tkanki łącznej i poprawa napięcia skóry,
- doskonałe wygładzenie i odżywienie skóry,
- dostarczenie skórze niezbędnych składników pielęgnacyjno - odżywczych.

Skład: Solum Diatomeae (Diatomaceous Earth/Terre de Diatomees), Algin, Calcium Sulfate, Tetrasodium Pyrophosphate, Trisodium Phosphate, Cocoa.

Cena: 11,70 zł/30 g, 44,70 zł/200 g

Moja opinia.

Opakowanie: maseczka przychodzi do nas w prostym, plastikowym opakowaniu z pierścieniem zabezpieczającym, mamy więc pewność, że maska nie była wcześniej otwierana. Etykieta jest prosta i przejrzysta, jak dla mnie ok, brak wymyślnej grafiki wpływa bardzo korzystnie na cenę produktu. Opakowanie po otwarciu jest szczelne, jednocześnie bez problemu można je otworzyć. (1 pkt/1).

Konsystencja/kolor: nierozrobiona maseczka jest w formie proszku, ma kolor biały z lekką domieszką kakao. Producent sugeruje, że należy na 3 miarki wody dać 1 miarkę proszku, niestety wtedy konsystencja jest tak rzadka, że nie sposób nałożyć maskę na twarz. Po dodaniu ok. 1,5 dodatkowej miarki proszku konsystencja pozwala się nakładać, niestety wtedy maska bardzo szybko zastyga. (0,25 pkt/1).
 
Zapach: suchy proszek pachnie średnio przyjemnie, dla mnie ma lekki apteczny aromat, z bardzo słabą wyczuwalną nutą czekolady. Po wymieszaniu czuć zdecydowany zapach alg z lekką domieszką czekolady. Nie jest to jednak zapach nieprzyjemny. (0,75 pkt/1).

Pojemność/wydajność: ja mam opakowanie 30 gram, na zdjęciu powyżej widać zużycie po jednym nałożeniu maski, jednak miałam jej za dużo na samą twarz. Sądzę, że wystarczy jeszcze na 2-3 zabiegi, czyli średnio. (0,5 pkt/1).


Działanie (3 pkt/6):
+ maseczka bardzo ładnie nawilża skórę, nawilżenie jest bardzo wyraźne wyczuwalne
+ cera jest napięta (w pozytywnym sensie)
+ skóra jest gładka i promienna
+ skóra jest widocznie odżywiona
+/- przyjemne uczucie chłodzenia skóry
- trudno jest osiągnąć zadowalającą konsystencję, maska jest albo za rzadka albo bardzo szybko tężeje uniemożliwiając nakładanie
- bardzo trudno ją rozmieszać do jednolitej konsystencji
- przez konsystencję ciężko ją nałożyć jednolitą warstwą co bardzo utrudnia później zdejmowanie maski
- bardzo zasycha na brzegach, trzeba ją zmywać tonikiem lub hydrolatem, co jest uciążliwe

 



Podsumowanie: w porównaniu z maską czekoladową Bielendy ta wypada bardzo słabo. Ciężko ją rozmieszać i nałożyć, potem również trudno zdjąć. Do działania przyczepić się nie mogę, bo działanie jest w porządku, jednak uciążliwość mieszania i nakładania sprawia, że wolę wybrać droższą Bielendę z której maskami takich problemów nie miałam.
Czy kupię ponownie? Niestety, nawet atrakcyjna cena nie przekona mnie do ponownego zakupu. NIE
Ocena: 5,5 pkt/10

A Wy znacie maski algowe? Używacie?

wtorek, 11 września 2012

Niekosmetycznie - szukanie pracy, czyli jak stracić wiarę we własne umiejętności...

Zgodnie z Waszym życzeniem, dzisiaj chciałam Wam napisać o tym, jakim koszmarem w dzisiejszym świecie jest szukanie pracy.


Zdjęcie: Free image courtesy of FreeDigitalPhotos.net
Ostatniego dnia lutego tego roku dowiedziałam się od mojego ówczesnego szefostwa, że z dniem 1 marca zaczynam 3-miesięczny okres wypowiedzenia, a co za tym idzie od pierwszego dnia czerwca dołączę do zacnego grona bezrobotnych w naszym pięknym kraju.
Przez ostatnich 6 lat pracowałam jako grafik DTP w jednej z katowickich firm, zaczynałam w studiu graficznym, później firma przekształciła się w agencję reklamową. Niestety ciężka sytuacja na rynku sprawiła, że kilka osób musiało zostać zwolnionych, w tym również ja.
Było mi przykro, nie powiem, bo choć praca nie zawsze była satysfakcjonująca, z pewnością nie pozbawiona stresu i bardzo napiętych terminów, to jednak przez tyle lat zdążyłam się zżyć zarówno z samą firmą jak i moimi wspaniałymi współpracownikami (serdecznie wszystkich pozdrawiam).
Grafika, choć bardzo bliska memu sercu, jest zawodem z którym związana jestem od bardzo wczesnej młodości, czuję jednak już pewien przesyt w jej zakresie, postanowiłam więc szukać pracy w innych dziedzinach.
Ponieważ jestem po marketingu, a w zakresie moich bardzo bliskich zainteresowań jest Public Relations stwierdziłam, że dział marketingu czy PR będzie dla mnie odpowiedni. Rynek pracy niestety jest dość ubogi w tego typu oferty, więc nie ograniczam się jedynie do nich. Szukam również pracy biurowej, sekretarka, asystentka, pracownik działów HR czy obsługi klienta również znalazły się na mojej liście zawodów pożądanych.

Pracy zaczęłam szukać na początku marca i... szukam jej bez większych sukcesów po dzień dzisiejszy.
Po pierwsze: musimy znaleźć odpowiednie ogłoszenie.
Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego, a jednak...
Bo pod nazwą stanowiska, która teoretycznie np. ze sprzedażą nie ma nic wspólnego, kryje się stanowisko handlowca. Pod nazwą asystentki, może być ukryta oferta pracy niezwykle dobrze płatnej, jednak niekoniecznie o ten zawód nam chodzi, wiecie co mam na myśli.
Tak więc spośród dziesiątek gorzej lub lepiej zapowiadających się ogłoszeń, uda nam się wyłuskać coś, co:
po 1. względnie nas interesuje
po 2. względnie spełniamy wymagania
po 3. względnie nie wygląda jak sprzedaż, call center, handlowanie, generalnie wciskanie ludziom rzeczy których a. nie chcą, b. nie potrzebują
możemy skompletować i wysłać nasze dokumenty.
Największym przegięciem było ogłoszenie o pracę dla OSOBISTEJ asystentki (słowo osobistej nie bez powodu jest tutaj wytłuszczone, przytaczam dosłowną treść:
Prezes firmy wykończeniowej szuka asystentki, która w pełni rozumie znaczenie słowa "osobista". Wynagrodzenie 3,5 tys. netto, plus premia. Umowa na stałe. Może być bez doświadczenia. CV ze zdjęciem.
Może to ja jestem jakaś dziwna, ale namawianie do nierządu jest chyba karalne? Ciekawe swoją drogą za co premia, ale chyba wolę nie dociekać...

Po drugie: wysyłamy nasze dokumenty.
CV i oczywiście list motywacyjny, w którym należy opisać dlaczego praca od 8.00 do 16.00 w biurze jest naszym największym marzeniem.
Ja wysłałam ponad 250 aplikacji w sprawie pracy, a wysyłam na prawdę tylko na stanowiska, których wymagania spełniam.

Po trzecie: telefon z zaproszeniem na rozmowę kwalifikacyjną.
Często ogranicza się do przekazania informacji gdzie i kiedy taka rozmowa się odbędzie, sporadycznie są przekazywane ewentualne informacje nt. zatrudnienia (że umowa-zlecenie, że praca 7 dni w tygodniu po 12 godzin za 6 zł brutto za godzinę). Czasami musimy przeliterować słowo pszenica i takie tam inne.

Po czwarte: rozmowa kwalifikacyjna.
Byłam na kilku rozmowach, w paru miejscach przeszłam do kolejnego etapu...
Tak, bo dzisiejsze szukanie pracy nie ogranicza się do pójścia na rozmowę kwalifikacyjną a po niej czekanie na telefon z decyzją. O nie, dzisiaj rozmowy kwalifikacyjne przeprowadzane są w etapach - dwóch, trzech, pięciu, piętnastu... No dobra, trochę przesadziłam.
Pierwszy etap to najczęściej rozmowa wprowadzająca. "Jakie są moje plany zawodowe na najbliższy rok, dwa, pięć lat?", "Dlaczego szukam pracy?", "Dlaczego rozstałam się z poprzednią firmą?" i pytanie, które mnie osobiście doprowadza do szewskiej pasji: "Dlaczego wybrałam akurat to ogłoszenie i tę firmę?". Pytanie to na dzisiejszym rynku pracy wydaje się być co najmniej nie na miejscu.
Logiczne, że wybrałam ich firmę, bo się ogłaszali, że szukają pracownika. Nie sądzę, aby wiele osób w dniu dzisiejszym miało to szczęście, że wybiera konkretną firmę bo jej największym marzeniem jest tam pracować i uważają pracę w konkretnym miejscu za swój życiowy cel i priorytet.
Jeśli uda nam się pomyślnie przebrnąć przez etap pierwszy zawierający również pytania o nasze wady i zalety, największy sukces i porażkę w życiu zawodowym a także czy dobrze reagujemy na stres (Tak, uwielbiam pracę w stresie. Wy jej nie zapewniacie? A nie, to dziękuję...), kwalifikujemy się do drugiego etapu, najczęściej już w siedzibie firmy (jeśli pierwszy etap odbywał się u pośrednika) lub z osobą decyzyjną (szefem działu, prezesem, itp.).
Drugi etap to kolejna porcja mniej lub bardziej związanych z pracą pytań, na które musimy sprawnie odpowiedzieć (przydałby się jakiś klucz odpowiedzi). Często też w drugim etapie są zadania praktyczne, testy do rozwiązania, projekty do stworzenia, itp., które mają udowodnić, że to co wpisaliśmy w nasze resume przynajmniej w części pokrywa się z naszymi faktycznymi umiejętnościami.
Nie wiem co jest dalej, bo niestety poza drugi etap jeszcze mi się nie udało przejść :(

Po ostatnie: teraz dopiero zaczyna się cała zabawa.
Czyli odpowiedź telefoniczna bądź mailowa (o ile oczywiście potencjalny pracodawca ma w zwyczaju informować o tym, że Cię nie przyjął.
"Bardzo byliśmy zadowoleni z rozmowy z Panią, ale wybraliśmy kogoś innego".
"Niestety Pani doświadczenie zawodowe nie odpowiada profilowi idealnego kandydata".
"Niestety marnowałaby się Pani u Nas. Ma pani za wysokie kwalifikacje".
To tylko niektóre z powodów dla których nie zostałam przyjęta.

Oferty dla mnie, gdzie byli mną zainteresowani obejmowała jedynie dwa call center, z czego w jednym zarabiałabym 6 zł BRUTTO za godzinę, na umowie-zleceniu.
Ok, rozumiem, że się przebranżawiam, szukam nowej ścieżki kariery dla siebie i na prawdę nie oczekuję, że dostanę 2 czy 3 tysiące na rękę. Ale praca przez 160 godzin w miesiącu, w świątek, piątek i niedzielę, na dwie czy nawet trzy zmiany za 1100 złotych nie wydaje się być rozsądną propozycją. 

I teraz moje pytanie brzmi: czy osoba po wyższych studiach, mająca 8-letnie doświadczenie w pracy biurowej, punktualna, rozsądna, inteligentna i kontaktowa, z ustabilizowanym życiem prywatnym, znająca angielski w stopniu średnio-zaawansowanym i niemiecki w stopniu podstawowym, chętna do nauki czy dodatkowych kursów zawodowych, posiadająca prawo jazdy kategorii B i będąca kierowcą na prawdę nie może liczyć na nic innego jak tylko praca w call center za powiedzmy sobie szczerze grosze? Do tego nie szukam pracy w małej, zabitej deskami mieścinie, a wielkiej aglomeracji śląskiej.
No, mogę jeszcze iść do pracy na produkcji ukrywając fakt, że mam wyższe studia, bo po studiach to mnie raczej na produkcję nie przyjmą.
I jak tu żyć normalnie w tym kraju, gdzie normalny człowiek, wykształcony, z doświadczeniem, nie może znaleźć normalnej pracy za normalne pieniądze?

Zdjęcie: Free image courtesy of FreeDigitalPhotos.net
Wiedziałam, że na rynku pracy jest ciężko, że pracę jest znaleźć bardzo trudno, ciekawą pracę - jeszcze trudniej, a znalezienie ciekawej, odpowiadającej naszemu wykształceniu i kwalifikacjom, w miarę dobrze płatnej pracy graniczy niemal z cudem, jednak czegoś takiego się nie spodziewałam. O wymarzonej pracy to już nawet nie będę wspominać.
Jest źle, jest na prawdę źle w tym kraju, skoro takie osoby jak ja nie mogą znaleźć pracy, a darmozjady siedzą w sejmie na ciepłych posadkach i dostają za to kupę szmalu, który zasadniczo im się zupełnie nie należy.

Dobra, wyrzuciłam to z siebie i jest mi ciut lepiej. Ale czy ja na prawdę wymagam aż tak wiele?

Zielono mi - makijaż i paznokcie

Dzisiaj przychodzę do Was z krótkim postem i zdjęciami makijażu w zieleniach i z zielonymi paznokciami.

Najpierw makijaż(wybaczcie proszę jakość zdjęć, mój aparat zdecydowanie nie ogarnia).




Na oczach mam:
- baza pod cienie ArtDeco
- na całej powiece - cień Golden Rose numer 202
- w załamaniu i zewnętrznym kąciku - cienie z paletki Sleek PPQ Me, Myself & Eye - Primal Green i Golden Silvers
- przy linii dolnych rzęs - Sleek PPQ Me, Myself & Eye - Blue Monday (ale niech nazwa Was nie zmyli, cieńjest butelkowo zielony)
- tusz do rzęs Celia Smoky eyes (1 wartwa i bez bazy, dlatego tak marnie wygląda)



Twarz:
- podkład - BB krem Garniera, odcień 02
- puder - puder matujący z Sephory (w kamieniu)
- policzki - bronzer z Bell

Paznokcie.
Zdjęcie z lampą błyskową
Zdjęcie bez lampy błyskowej

Kolor niestety jest mocno przekłamany, w rzeczywistości lakier ma kolor ciemnoseledynowy.
A lakier to Celia Cosmetics Matt Effect numer 408.
UWAGA! Lakier sam w sobie ma całkowicie matowe wykończenie, ja nałożyłam na niego Seche Vite, dlatego ma połysk. Jako bazę użyłam NailTek Foundation II.

Zdjęcie z lampą błyskową

Zdjęcie bez lampy błyskowej

Mam nadzieję, że makijaż się Wam spodoba. Na zdjęciach nie wyszedł tak ładnie jak wygląda w rzeczywistości.

poniedziałek, 10 września 2012

Niekosmetycznie - trochę prywaty - praca

Z tamtą pracą, o której wspominałam jakiś czas temu niestety nie wyszło - zdecydowanie nie nadaję się do wciskania ludziom produktów, których oni nie chcą, a jeszcze bardziej nie potrzebują.
Dzisiaj kolejna rozmowa. Powiem Wam, że szukanie pracy jest na prawdę straszliwie męczące.
Może chcecie posta o moich perypetiach w szukaniu pracy? Będzie trochę zabawnie a trochę strasznie.
Pozdrawiam.

Recenzja - Adidas for Women, Body Fitness Shower Gel (Ujędrniający żel pod prysznic)

Dzisiaj przychodzę do Was z krótką recenzją żelu pod prysznic marki adidas.
Bardzo lubię te żele za ich orzeźwiające zapachy, ten akurat bierze bardzo aktywny udział w projekcie denko. Jest to stara wersja żelu, nie mam pojęcia czy jest on jeszcze dostępny w takich opakowaniach. Zapraszam.

Adidas for Women, Body Fitness Shower Gel (Ujędrniający żel pod prysznic)


Opis produktu (wizaz.pl):
Ujędrniający żel pod prysznic opracowany z udziałem sportowców. Codzienny masaż żelem poprawia elastyczność i gładkość skóry.
Nie zawiera mydła, tonizuje skórę, jest wzbogacony kofeiną, zawiera masujące drobinki.
Testowany dermatologicznie. 

Skład: aqua/water/eau, sodium laureth sulfate, cocamidopropyl betaine acrylates copolymer, parfum/fragrance, phenoxyethanol, sodium chloride, sodium benzoate, disodium edta, polyethylene, methylparaben, sodium hydroxide, caffeine, menthol propylparaben, hexyl cinnamal, peg-4, propylene glycol, limonene, ethylparaben, linalool, glycerin, geraniol, agar, algin, aloe barbadensis leaf extract, chitosan, ethylhexylglycerin, bht. fd&c red no.4 (Cl 14700), fd&c yellow no.5 (Cl 19140), fd&c blue no.1 (Cl 42090), fd&c green no.3 (Cl 42053), chromium hydroxide green (Cl 77289).
Cena: ok. 13zł / 250ml (znalazłam w internecie za ok. 8 pln)

Moja opinia.
Opakowanie: butelka z przejrzystego, mlecznego plastiku, z zamknięciem typu 'klik', które może czasami sprawiać problemy przy otwieraniu. Dokładnie widać ile produktu zostało w środku. Otwór jest dość spory, ale nie przeszkadza do w odpowiednim dozowaniu produktu. Butelka ma wypustki, dzięki czemu nie wyślizguje się z mokrych dłoni. Jedyny minus za niemożliwość postawienia opakowania 'głową w dół' z powodu ściętej klapki. Może też być problem ze zużyciem produktu do końca. (0,75 pkt/1)
Konsystencja/kolor: produkt ma bardzo przyjemną, żelową konsystencję, trochę lepką. W żelu zatopione są masujące drobinki w kolorze ciemnozielonym. Żel ma kolor limonkowo zielony. (1 pkt/1).









 

Zapach: fantastyczny, cytrusowy moim zdaniem zapach. Bardzo przyjemny, orzeźwiający, w sam raz na poranny prysznic po treningu, choć nie zostaje na skórze. (0,75 pkt/1).

Pojemność/wydajność: dzięki swojej konsystencji oraz sporemu opakowaniu żel jest bardzo wydajny, dobrze się pieni i trzeba go na prawdę niewiele aby umyć dokładnie całe ciało. (1 pkt/1).


Działanie: żel dobrze myje, świetnie się pieni. Nie przesusza skóry, nie napina jej. Podczas mycia czułam przyjemny efekt chłodzenia (wydaje mi się, że dzięki drobinkom masującym). Drobinki są delikatne, właściwie niewyczuwalny jest efekt masażu, ale jak wspomniałam dają świetny efekt lekkiego chłodzenia. Po myciu skóra jest czysta, odświeżona. Dzięki orzeźwiającemu zapachowi unoszącemu się po kąpieli w całej łazience poranny prysznic może być prawdziwą przyjemnością. (5 pkt/6).

Podsumowanie: bardzo przyjemny żel pod prysznic, spełnia doskonale swoje zadanie. Bardzo lubię ten produkt.
Czy kupię ponownie? Myślę, że TAK.
Ocena: 8,5 pkt/10

Znacie te żele? Lubicie?

wtorek, 4 września 2012

Recenzja - Bielenda Bio Plantacja Kokos - naturalny peeling cukrowy do ciała

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją peelingu cukrowego z Bielendy z serii Bio Plantacja o zapachu kokosa.


Opis (wizaz.pl):
Naturalny peeling cukrowy delikatnie złuszcza, wygładza i poprawia wygląd skóry. Pozostawia długotrwały efekt jedwabiście gładkiej i sprężystej skóry.

Skład: sodium chloride, sucrose, caprylic /caprictriglyceride, cera alba (beeswax), butyrospermum parkii (shea butter), theobroma cacao (cocoa) seed butter, laureth-3, cetearyl alcohol, parfum (fragrance), glyceryl stearate SE, cocos nucifera (coconut) oil, macadamia ternifolia seed cake, tocopheryl acetate, propylparaben, lilial, citronellol, coumarin, hexyl cinnamal, limonene.

Cena: ok. 20zł / 200g

Moja opinia. 

 Opakowanie: słoik z przezroczystego plastiku, z plastikową nakrętką. Plastik jest dość solidny, nakrętka jest chropowata dzięki czemu łatwo nam otworzyć opakowanie nawet mokrymi rękami. Opakowanie jest 'podwójne' co sprawia, że produktu jest znacznie mniej niż wynikałoby to z wielkości opakowania. Podczas zakupu na słoiku jest kartonowa, zadrukowana 'owijka' z informacjami. (0,75 pkt/1)






Konsystencja/kolor: peeling ma dość zbitą konsystencję, ciężko się go w pierwszej chwili wyciąga z opakowania, pod wpływem wody jednak szybko topnieje i bardzo łatwo pozwala się aplikować na ciało. Przez zbitą konsystencję trzeba jednak uważać aby nie wylądował w odpływie. Peeling ma kolor biały z czarnymi drobinkami. (0,75 pkt/1).









Zapach: tutaj największe rozczarowanie. Peeling zupełnie nie pachnie kokosem, a to był główny powód jego zakupu. Ma silny zapach, może drażnić i dusić, mnie przypomina zapach kwiatów. (0 pkt/1).

Pojemność/wydajność: niestety peeling pomimo dość sporej pojemności (200g) jest bardzo mało wydajny. Zużycie widoczne na górnym zdjęciu jest po jednym użyciu, sądzę, że produktu wystarczy jeszcze na 2 użycia. (0,25 pkt/1).

Działanie: peeling bardzo ładnie ściera naskórek, jest dość ostry ale pod wpływem wody drobinki szybko stają się delikatne, momentami wręcz niewyczuwalne. Po użyciu skóra jest gładka i miękka. Produkt zostawia na skórze lekko tłusty film (ja osobiście nie cierpię tego efektu), łatwo się on jednak zmywa po użyciu żelu pod prysznic, pozostawiając skórę aksamitnie gładką w dotyku. Niestety zarówno cena (prawie 20 zł) jak i zapach dyskwalifikują go zupełnie w moich oczach. Gdyby pachniał kokosem to nawet przy tak wygórowanej cenie i bardzo słabej wydajności od czasu do czasu skusiłabym się na niego. (4 pkt/6).

Podsumowanie: nie jest to zdzierak supermocny, ma dość toporną na początku konsystencję i okropny zapach. Poza tym jest dość drogi. Można kupić peelingi równie dobre, a jednak tańsze i o pięknym zapachu.
Czy kupię ponownie? Z całą pewnością NIE.
Ocena: 5,75 pkt/10

A Wy znacie peelingi z Bielendy? Polecacie jakieś? A może Wasze serca skradł inny peeling?