piątek, 26 lipca 2024

„Bezgłos”, Katarzyna Puzyńska – minirecenzja

Przyznam się Wam szczerze, że po książkę sięgnęłam zupełnym przypadkiem.

Miałam czytać „Eksponat”, ale pomyliłam tytuły i przez pół książki zastanawiałam się, czemu Klementyna się jeszcze nie pojawiła...


Julia Wilk przeprowadza się do małej mieściny niedaleko Brodnicy, gdzie ma zacząć uczyć w szkole.

Miasteczko jednak nie jest takim, jakim się wydaje, a mieszkańcy Wieszczy zdecydowanie skrywają jakieś tajemnice.

Już pierwszej nocy w domu, który wynajmuje, zaczynają dziać się dziwne rzeczy, a bardzo realne sny sprawiają, że Julia jest przerażona, ale i... zaciekawiona.

Czy dziewczyna, która sama skrywa swoja tajemnicę, trafiła tutaj przypadkiem? Czy może ściągnęły ją tutaj jakieś mroczne siły?

Autorka wprowadza nas w tajemniczy świat dawnych wierzeń, klątw i przesądów.

Z początku trudno było mi się przestawić na tak kompletnie inny gatunek – jestem po całej serii Lipowa, typowych kryminałów, powieści, które mocno trzymają się realiów. No, może poza ilością morderstw w tak niewielkiej społeczności...

Niemniej książkę czyta się dobrze, postacie są zbudowane w bardzo interesujący sposób, a odkrywane wraz z bohaterką tajemnice zaskakują i wprowadzają czytelnika coraz głębiej w ten mroczny świat.

Jeśli lubicie horrory (wbrew klasyfikacji na lubimyczytac.pl nie zaliczyłabym tej pozycji do thrillera, a już na pewno nie do kryminału czy sensacji), to serdecznie Wam polecam.

Może nie trzyma napięcia jak najlepsze powieści Kinga czy Mastertona, ale na pewno jest godna uwagi.



środa, 24 lipca 2024

O tym, czy kobieta w rozmiarze 40 jest już gruba

Oglądałam wczoraj uroczy babski film „Jestem taka piękna!” (org. I feel pretty!)(2018).


Źródło: filmweb.pl


Film, zakwalifikowany na portalu filmweb.pl jako komedia, opowiada o losach przeciętnej amerykańskiej dziewczyny (w tej roli Amy Schummer), która nie jest zadowolona ze swojego wyglądu (szok i niedowierzanie! <sarkazm>).

W wyniku zbiegu okoliczności zyskuje przekonanie, że oto spełniło się jej marzenie o cudownej, szczupłej (sic!) sylwetce. Wydaje jej się, że jest piękna i zgrabna, a świat leży u jej stóp, i odzwierciedla to swoim zachowaniem i pewnością siebie.

I choć wiem, jaki był główny zamysł tego filmu, wmówienie widowni (zwłaszcza jej żeńskiej części), że przeciętnych rozmiarów dziewczyna (a na amerykańskie standardy to wręcz osoba szczupła), nosząca (na oko) rozmiar 40, ma nadwagę i nie ma czego szukać w świecie modelek noszących rozmiar „0” (polskie 34) jest po prostu śmieszne.

Ludzie! Co jest nie tak z naszym społeczeństwem, że wmawiamy szczupłym, zdrowym dziewczynom, że powinny schudnąć? 

Przemysł filmowy robi to od lat. Wmawia nam, kobietom, że „prawdziwa” kobieta kończy się na rozmiarze 34, no może 36, a wszystko powyżej to już nadwaga kwalifikująca do natychmiastowego odchudzania, diety złożonej z sałaty i hektolitrów potu wylanych na fancy siłowni.

Takich filmów mamy na pęczki. Rzekomą nadwagę miała Bridget Jones (2001) grana przez Renée Zellweger, która non stop się odchudzała i była uważana za grubą, podczas gdy w rzeczywistości nie przekroczyła rozmiaru 40 – takiego, jaki nosi przeciętna Polka.

Źródło: filmweb.pl

Za pulchną uważana była Natalie (Martine McCutcheon) z „To właśnie miłość” (2003), kobieta która miała krągłości i wspaniałe, kobiece kształty bez grama zbędnego tłuszczu.

Źródło: filmweb.pl

Nosząca rozmiar 38 Andrea „Andy” Sachs (Anne Hathaway) w „Diabeł ubiera się u Prady” (2006) została nazwana „inteligentną grubaską”. Powtórzę: rozmiar 38...

Nadwaga i otyłość nie są niczym dobrym ani zdrowym. I choć akceptowanie siebie jest bardzo ważne, to w pewnym momencie nadmiar kilogramów znacząco będzie wpływał na nasze zdrowie i sprawność. Liczne badania wskazują, że nadwaga i otyłość prowadzą do poważnych powikłań zdrowotnych od cukrzycy i nadciśnienia począwszy, na zwiększonym ryzyku zachorowania na niektóre typy nowotworów skończywszy (zwłaszcza nowotworu piersi czy jelita grubego).

Ale wmawianie w 2018 roku normalnie wyglądającym kobietom, z właściwą masą ciała, że mają problem z nadmierną tuszą jest z gruntu złe, niewłaściwe, niezdrowe i może prowadzić nie tylko do zaburzonej samooceny, ale i poważnych powikłań zdrowotnych, w tym emocjonalnych.

Zwłaszcza, że żadna z nas, kobiet chorujących na otyłość, nie jest (przeważnie) w stanie osiągnąć rozmiaru 36 czy nawet 38, a masa ciała oscylująca w granicach 60 kg najczęściej pozostaje w sferze marzeń.

Przestańmy piętnować zdrowo wyglądające dziewczyny i wmawiać im, że powinny schudnąć, bo dążenie do niedoścignionych ideałów z okładek czasopism i wybiegów mody jeszcze nigdy nikomu nie pomogło.

Nie zrozumcie mnie źle, nie popieram normalizacji otyłości i nadwagi (choć żadna z nas nie obudziła się pewnego pięknego dnia i nie stwierdziła, że „od dzisiaj będę gruba”), ale zrozumienie, że nadwaga czy otyłość nie jest naszym wyborem, a wynikiem wielu lat zaniedbań i niewłaściwych wyborów żywieniowych (bardzo często wyniesionych z domu rodzinnego) jest kluczowe dla zdrowej redukcji masy ciała. 

Bo odchudzanie zaczyna się w głowie i nie jest to tylko pusty frazes, ale fakt poparty setkami badań. A wsparcie nie tylko najbliższych, ale i otoczenia podczas tego żmudnego, długotrwałego i bardzo trudnego zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie procesu, może mieć kluczowe znaczenie dla jego zakończenia z sukcesem.

Podsumowując: szanujmy się nawzajem i nie wmawiajmy szczupłym, zdrowym osobom, że są grube!



sobota, 19 sierpnia 2023

Magda M. - serial, który bardzo źle się zestarzał

Pamiętacie serial Magda M.?

Źródło: naEKRANIE.pl

Jest to opowieść o samotnej prawniczce z Warszawy, tytułowej Magdzie (w tej roli Joanna Brodzik), mieszkającej z kotem, która szuka miłości. Oczywiście już w pierwszym odcinku na horyzoncie pojawia się potencjalny kandydat na ukochanego, również prawnik - Piotr (Paweł Małaszyński).

Serial doczekał się 55 odcinków podzielonych na 4 sezony i emitowany był w latach 2005-2007.

Powiem szczerze, że gdy myślę o innych serialach czy filmach z tamtego okresu, nie wydaje mi się to jakaś bardzo odległa przeszłość. Pierwszy odcinek jednego z moich ulubionych seriali, Chirurdzy (Grey's Anatomy) również miał swoją premierę w 2005 roku, a wciąż wracam do niego z przyjemnością. Inny serial - Dr House, jest zaledwie rok starszy. Seks w Wielkim Mieście (SATC) zakończył swoich 6 podstawowych sezonów w 2004, a Teoria Wielkiego Podrywu jest młodsza zaledwie o 2 lata. 

Do wszystkich tych seriali wracam z nieskrywaną przyjemnością i sentymentem, mało tego, pozwolę sobie stwierdzić, że SATC przecierał szlaki dla nieskrępowanego mówienia o seksie, wyzwolonych kobietach, których jedynym celem nie jest małżeństwo, dzieci i prowadzenie domu (choć akurat SATC pokazywał olbrzymią kobiecą różnorodność pod tym względem). Owszem, serialowi można dzisiaj sporo zarzucić, ale jednak był dość nowatorski i bardzo odważny, jak na tamte lata. Zwłaszcza w naszym, opóźnionym pod tym (i nie tylko) względem, kraju.

Ale wracając do meritum, niedawno postanowiłam sobie przypomnieć perypetie Magdy Milowicz, pochodzącej z małej mieściny, wyzwolonej prawniczki, która robi karierę w wielkim mieście, a przynajmniej tak próbowano nam wmówić. I co? I jestem potwornie rozczarowana, a zażenowanie tym, że kiedyś ten serial lubiłam, sięga zenitu. 

Dałam radę obejrzeć 7 (z przypomnę 55) odcinków, większość w bólach i z ciarkami żenady na plecach. Ósmego nie dokończyłam. Nie dałam rady. Tytułowa postać jest tak potwornie zacofana, małomiasteczkowa i wkur***jąca, że tych kilka zaledwie odcinków niemal rozmiękczyło mi mózg. 

Pomimo doskonałej roli Pawła Małaszyńskiego i niezrównanej Kasi Bujakiewicz (gra rolę drugoplanową, ale jest na prawdę fantastyczna), tego serialu po prostu nie da się oglądać. Wspaniałą kreację stworzył również Szymon Bobrowski, wcielając się w "czarny charakter", choć wątek molestowania seksualnego jest potraktowany strasznie po macoszemu, wręcz niesmacznie (choć to nie wina aktora, a scenarzystów i reżysera).

Postać grana przez Brodzik jest infantylna, bardzo tendencyjna. Niby Magda jest wyzwoloną, samotną kobietą, ale jak tylko zobaczy fajnego faceta, to od razu z mózgu robi jej się kisiel, a iloraz inteligencji spada do poziomu podłogi. Niby szuka miłości swojego życia, partnera na dobre i złe (choć próbuje nam się w mówić, że to bardziej życzenie jej matki granej przez fantastyczną Ewę Kasprzyk), ale z drugiej strony jednak nie chce, aby on ją podrywał, nie chce podjąć wyzwania stworzenia związku, by wciąż być tą silną, wyzwoloną kobietą. A może jednak chce?

Postać sama nie ma pojęcia czego chce. Scenarzyści ewidentnie nie umieli się zdecydować jaką właściwie postacią ma być Magda. Są momenty gdy jest na prawdę rozczulająca, ma dobre serce i bardzo chce wszystkim pomóc. Z drugiej strony "bawi się" w ciętą (zdaniem scenarzystów) ripostkę w stosunku do kolegi z kancelarii (Bobrowski), ale nie bardzo to wychodzi. Momentami ukazuje się ją jako małą, zagubioną, czekającą na ratunek i rycerza na białym koniu dziewczynkę, która sama nie wie czego od życia chce, by już w następnej scenie przemienić ją w "silną, niezależną kobietę", która (oczywiście), wiecznie się odchudza (sic!), ma przyjaciele (oczywiście) geja (w tej roli fantastyczny Bartłomiej Świderski), a poza obowiązkami prawniczki udziela się bardzo aktywnie w fundacji na rzecz kobiet, zwłaszcza tych w trudnej sytuacji życiowej. 

Jest to dla mnie niepojęte, że zaledwie niespełna 20 lat temu, serial ten robił furorę, a Magda była dla wielu kobiet wzorem do naśladowania. Ba, ja sama oglądałam serial z przyjemnością i wyczekiwałam każdego kolejnego odcinka.

Podsumowując, Magda jest postacią straszliwie irytującą i, podkreślę to raz jeszcze, infantylną. Jej dziecinne zachowania i niezdecydowanie sprawiają, że serialu po prostu nie da się oglądać. Szkoda, że tak fatalnie się zestarzał, bo na prawdę darzyłam go dużym sentymentem.

Kadr z serialu. Żródło: filmweb.pl


Ps. Carrie również ma swoje gorsze momenty, ale jednak w przedstawieniu roli kobiety w tym, wciąż szalenie męskim świecie, jest 100 lat przed Magdą.



sobota, 19 marca 2022

Tęsknię...


Gdy rozpoczynał się ten rok, 2022, liczyłam na to, że po dwóch latach pandemii wrócimy do normalności. Do zwyczajnej, nudnej codzienności. Bez maseczek, bez testów, bez strachu, że za chwilę nas zamkną, albo ugrzęznę w domu z pozytywnym wynikiem.

Chyba każdy z nas czekał na nadchodzącą wiosnę z nadzieją i odrobiną radości, że wreszcie w tym roku będzie można realizować odwieszone na pandemiczny kołek plany.

Ale los miał dla nas inny scenariusz.

Tęsknię już za nudną normalnością sprzed 2020 roku, za zwyczajnością. Tęsknię za normalnymi, codziennymi zmartwieniami. Przyznam nieśmiało, że tęsknię też za podróżami, których cholernie mi brakuje. Pomimo mojej introwertycznej natury, lubię poznawać nowe miejsca, włóczyć się bez celu uliczkami nowych, nieznanych jeszcze miast, kocham podróżowanie samo w sobie - loty samolotami, godziny spędzone w pociągach czy długie trasy samochodem. Kocham hotele z ich śnieżnobiałą pościelą i śniadaniowym bufetem, puszyste białe ręczniki i jedzenie podane pod nos.

Wiem, że mierzymy się teraz ze znacznie większymi zmartwieniami, ludzie tracą dach nad głową, cały swój dobytek i uciekają w popłochu z jedną walizką (a czasem nawet bez) w poszukiwaniu bezpiecznego azylu. A ja tęsknię za czasami, gdy naszym największym zmartwieniem były nowe ustawy wprowadzane przez nasz "rząd".

Ale nadchodzi wiosna, czas odradzającego się życia, zieleni i śpiewu ptaków. I ta pora roku, ze słońcem na błękitnym niebie, wlewa w moje serce nadzieję, że w końcu będzie normalnie i nudno.

Jak mawia stare, chińskie przysłowie "Obyś żył w ciekawych czasach" - ja już nie chcę. Chcę żyć w czasach nudnych i w dużym stopniu przewidywalnych. Chcę powrotu do normalnej codzienności.

Wasza Kasia

Źródło: Instagram @the.pinklemonade


piątek, 11 marca 2022

Make love, not war...

Nie rozumiem idei wojny. Nie dociera do mnie jak ktoś (bo na miano człowieka ktoś taki nie zasługuje), popijając poranną kawę, wpada na pomysł "a może dzisiaj najadę inny kraj?". Nie rozumiem, w jakim celu można zaatakować niewinnych ludzi, którzy spokojnie sobie żyją na własnym terenie, nikomu nie robiąc krzywdy.


Ostatnie dwa tygodnie żyłam jak w dwóch równoległych światach. Z jednej strony Rosja najechała Ukrainę, w moich oczach i oczach całego świata, zupełnie bez powodu, bez przyczyny. Ukraina nie zrobiła nic, co mogłoby doprowadzić obcy kraj do ataku zbrojnego. Z resztą trudno mi sobie wyobrazić jakiekolwiek zachowanie nie będące atakiem, które może doprowadzić inny kraj to wypowiedzenia wojny.

Z drugiej strony, słońce dalej świeci na niebie, w powietrzu czuć już zbliżającą się wiosnę, ja zajmuję się swoimi sprawami - pracuję, robię zakupy, czytuję Instagram, rozmawiam z tatą i babcią. Normalne, codzienne życie. Z tą różnicą, że nic już nie jest normalne. A ja dzień zaczynam i kończę na portalach informacyjnych, by dowiedzieć się, co się wydarzyło, czy Rosja posunęła się do przodu, czy Ukraina się nie poddała i walczy dalej.

W mojej głowie nie mieści się, że świat dalej żyje swoim życiem, z tą różnicą, że tuż za miedzą toczy się wojna. Wojna, która nie wiadomo do czego dalej doprowadzi.

Moje ciało jest spięte do granic możliwości, a każdego wieczora, gdy kładę się spać, proszę opatrzność, aby następnego dnia obudzić się w świecie, na którym panuje pokój. Każdego dnia poszukuję informacji o tym, że P**** się poddał, że się wycofał, albo że zniknął, a świat może wrócić do normy. Ale czy tak będzie? Raczej nie. Po tej wojnie świat już nigdy nie będzie wyglądał tak samo.

A poza oczywistymi "kosztami" w postaci ludzkiego życia (dosłownie, i w przenośni), nie rozumiem po co narażać się na sankcje, ekonomiczne i polityczne wykluczenie, poniesienie ogromnych kosztów finansowych, by zrujnować czyjąś ojczyznę, a przy okazji i swoją własną. Przecież nawet, jeśli uda im się zdobyć Ukrainę (choć podobnie jak cały świat mam nadzieję, że jednak nie) to będzie zrujnowany kraj. I odbędzie się to kosztem Twoich własnych obywateli, bo Rosjanie już mocno dostali po dupie za tę wojnę. 

I żal mi tych wszystkich niewinnych ludzi, którzy spokojnie sobie żyli, nikomu nie robili krzywdy, ale jakiś ktoś postanowił zniszczyć ten ich spokój.

Czuję złość, bezsilność i bezkresny smutek, a do tego strach - co będzie dalej i kiedy oraz jak to się skończy.

I zastanawia mnie tylko, dlaczego ludzie nie uczą się niczego na podstawie historii... Jak po tym, co się działo podczas II WŚ ktokolwiek może wpaść na taki pomysł. Mój umysł tego nie ogarnia...

Wasza Kasia

piątek, 4 grudnia 2020

Stylizacja rzęs 1 do 1 - moje wrażenia, za i przeciw

Tekst ten powstał w roku 2018, jednak wrażenia pisane były świeżo po zdjęciu rzęs.

Źródło


Zabiegi poprawiające urodę są coraz popularniejsze i coraz lepiej dostępne, również cenowo. Jednym z najpopularniejszych obecnie zabiegów upiększających tuż obok stylizacji paznokci, wciąż pozostaje stylizacja rzęs, której z kolei najdłużej występującą na rynku jest metoda 1 do 1.
W uproszczeniu, zabieg polega na przedłużeniu naszych naturalnych rzęs rzęsami sztucznymi (syntetycznymi lub naturalnymi) w ilości 1 rzęsa sztuczna do 1 rzęsy naturalnej.
Odpowiednio dobrana i wykonana stylizacja pozwala na uzyskanie bardzo naturalnego efektu idealnie wytuszowanych i rozczesanych rzęs.
Ponieważ naturalny cykl życia naszych rzęs sprawia, że po pewnym czasie samoistnie one wypadają, będziemy tracić również te przedłużone, jest to proces naturalny i nie należy się nim nadto przejmować.

Czas wykonania stylizacji zależy od umiejętności i doświadczenia stylistki, ale także od tego, jak dużo mamy własnych rzęs i jak bardzo "uciążliwym" klientem jesteśmy. Jeśli np. łzawią nam oczy lub nie potrafimy powstrzymać mrugania, stylizacja będzie trwała dłużej. Generalnie przyjmuje się, że stylizacja 1 do 1 powinna trwać ok. 2 godzin, może jednak trwać ok. 1,5 godziny, albo nawet 3 godziny... U mnie było to niestety bliżej trzech godzin, bo oczy momentami mocno mi łzawiły, co uniemożliwiało doklejanie sztucznych rzęs.

Jeśli chodzi o cenę*, to również jest bardzo różnie. Moja stylistka, która była kosmetyczką mobilną i przyjeżdżała do domu brała 2 lata temu za stylizację 1 do 1, 160 zł. Ja sama, będąc kilka lat wcześniej na początku mojej drogi, brałam niecałe 100 zł (zaznaczę, że przyuczałam się do zawodu i była to cena bardzo promocyjna), ale są stylistki, które "kasują" jeszcze mniej. Tymczasem w renomowanym salonie możecie zapłacić nawet 300 zł, co niestety niekoniecznie wiąże się z wybitną jakością. Choć cena może być jakąś wskazówką. Nie poszłabym do kosmetyczki, która wykonuje taką usługę za mniej niż 80 zł, bo na fatalną stylistkę trafić niestety łatwiej niż na tą wybitnie uzdolnioną.
* Ceny dotyczą roku 2018.

Warto też przed pierwszą stylizacją dowiedzieć się  na jakich materiałach nasza stylistka pracuje, czy są to rzęsy syntetyczne czy naturalne, jakiej marki, bo niestety rzęsy rzęsom nierówne. Dobrze jest przejrzeć portfolio osoby, do której się udajemy. Miałam okazję widzieć popisowo spartaczone stylizacje, które nie tylko fatalnie wyglądają, ale mają też zgubny wpływ na nasze naturalne rzęsy.
Dobra stylistka nie tylko pracuje na dobrych jakościowo materiałach, ale też odpowiednio dobierze materiały indywidualnie do naszych rzęs, doradzi też jaka stylizacja będzie dla nas najlepsza i będzie wyglądała tak, jak oczekujemy.
Pamiętajmy również, że mamy do czynienia z chemią, dlatego przed stylizacją powinnyśmy mieć wykonaną próbę uczuleniową, a stylistka powinna przeprowadzić szczegółowy wywiad, aby wykluczyć przeciwwskazania.

Zanim przejdę do właściwiej części posta, czyli wad i zalet stylizacji oraz moich osobistych wrażeń i odczuć, muszę jeszcze wspomnieć o dwóch, niezwykle ważnych sprawach.

Źródło

Trwałość wykonanej stylizacji zależy w równej mierze od jej wykonania, co od naszego traktowania zrobionych już rzęs. Jest szereg rzeczy o których należy pamiętać po wykonaniu stylizacji, a o których stylistka powinna nas poinformować, jak np. kategoryczny zakaz moczenia rzęs przed upływem minimum 24, a najlepiej 48 godzin od wykonania stylizacji, zakaz korzystania z sauny, ograniczenie moczenia rzęs, zakaz ich malowania tuszem (nie, żeby to było konieczne, ale wiem, że niektórzy wpadają na takie pomysły), zakaz używania do demakijażu preparatów na bazie tłuszczu (mleczka, śmietanki, płyny dwufazowe) czy tłustych kremów bezpośrednio przy linii rzęs. 
Rzęsy należy czesać w razie potrzeby, ale też nie należy z tym przesadzać, nie należy ich pocierać czy przygniatać.
Jeśli będziemy pamiętały o tych kilku jakże ważnych zasadach, nasza stylizacja przetrwa nawet 4 tygodnie (po takim czasie maksymalnie zalecane jest uzupełnienie stylizacji).

Ostatnią, ale również bardzo ważną rzeczą, jest usunięcie stylizacji. Pod żadnym pozorem nie róbcie tego same. Stylistki używają specjalnych preparatów do usuwania przerzedzonej już stylizacji, a same możecie nie tylko zrobić sobie krzywdę, ale też zniszczyć swoje naturalne rzęsy. Usunięcie stylizacji najczęściej jest płatne od 20 do 40 zł, jednak warto w tej kwestii zdać się na specjalistę, Wierzcie mi.

Po nieco przydługim, ale moim zdaniem koniecznym wstępie, chciałabym przejść do bardzo subiektywnej oceny wad i zalet rzęs 1 do 1, a także moich osobistych przemyśleń na temat stylizacji.

Jak już wspomniałam, kilka lat temu miałam okazję zrobić niekoniecznie profesjonalny, ale jednak dający jakieś pojęcie kurs stylizacji rzęs metodą 1 do 1, sama jednak dopiero dwa lata temu, przed urlopem, zdecydowałam się na taką stylizację, dlatego chcę Wam opisać moje osobiste wrażenia (tekst powstał tydzień po zdjęciu stylizacji).

Rzęsy przed stylizacją, pomalowane tuszem

Rzęsy przed stylizacją, bez makijażu


Zalety:
- dobrze wykonana stylizacja wygląda bardzo naturalnie, rzęsy są długie, gęste, pięknie czarne, ale nie wyglądają nazbyt teatralnie, wyglądają jak nasze własne rzęsy, tylko lepsze ;)
- rano nie trzeba robić już makijażu, wystarczyło, w moim przypadku, domalować brwi, przeczesać rzęsy i byłam gotowa do wyjścia
- nie straszny nam deszcz, pot czy woda w basenie/morzu, nic się nie rozmaże tworząc pod oczami nieestetyczną pandę
- rzęsy nie wymagają demakijażu, wieczorem po prostu przemywamy twarz i możemy kłaść się do łóżka
- duża oszczędność czasu, zarówno rano jak i wieczorem

Zdjęcia stylizacji tuż po wykonaniu.





Wady:
- przez pierwszych 24-48 godzin nie wolno nam korzystać z basenu, a z sauny właściwie przez cały okres stylizacji
- nie wolno nam używać tłustych kremów czy preparatów do demakijażu na bazie tłuszczu, co może znacząco utrudniać demakijaż twarzy
- rzęsy wyglądają dobrze przez ok. 2 do 3 tygodni. Właściwie już od drugiego dnia zaczynamy je tracić, zarówno z naszymi naturalnymi jak i same w wyniku odklejania się kleju. Po 3 tygodniach rzęsy wyglądają dość słabo, pozostaje nam uzupełnienie lub ich ściągnięcie
- rzęsy najlepiej ściągnąć u stylistki, co wiąże się z dodatkowymi kosztami
- choć można znaleźć stylizacje w bardzo dobrej cenie, jest to jednak dość wysoki koszt, nie każdy będzie sobie mógł pozwolić na comiesięczny wydatek rzędu 150 zł, aby efekt się utrzymał.

Zdjęcia po 3 tygodniach od aplikacji




Choć uczono mnie, że prawidłowa stylizacja nie niszczy naturalnych rzęs nie mogę się z tym zgodzić. Jedną sprawą jest fakt, że po zdjęciu rzęs sztucznych nasze wyglądają jeszcze bardziej licho niż przed wykonaniem stylizacji. Ale niestety przedłużanie ma również wpływ na stan naszych własnych rzęs. Po pierwsze, rzęsy po stylizacji nie chcą się naturalnie układać. Każda żyje swoim życiem i bardzo ciężko je ładnie uczesać i ułożyć. Po drugie, rzęsy mają bardzo nierówną długość. Część jest bardzo długich, inne dość krótkie, przez co po ich pomalowaniu maskarą wyglądają momentami groteskowo. Mam też wrażenie, że rzęsy są cieńsze niż przed stylizacją.

Moje naturalne rzęsy po zdjęciu stylizacji, pomalowane tuszem.

I mój największy zarzut wobec stylizacji - wypadanie naturalnych rzęs z doklejoną stylizacją spowodowało prześwity w naturalnej linii rzęs, a rzęs jest znacznie mniej niż było przed wykonaniem stylizacji. I nie jest to moja subiektywna opinia, ale fakt potwierdzony zdjęciami. 
Jeśli się dobrze przyjrzeć, w prześwitach pojawiają się już króciutkie baby lashes, niestety na chwilę obecną są one tak krótkie, że szczoteczka z maskary ich nie wyłapuje.
Moje rzęsy są jasne, zawsze były dość cienkie i średnio gęste, ale po stylizacji ich stan niestety jest gorszy niż stan wyjściowy, co przyznaję z bólem serca.
I choć sama stylizacja wyglądała na prawdę pięknie, to szkoda mi moich naturalnych rzęs, dlatego raczej nie zdecyduję się na ponowny zabieg.

Zdjęcie porównawcze zdjęć na różnych etapach. Od góry:
1. Zdjęcie wytuszowanych rzęs przed stylizacją
2. Tusz po założeniu stylizacji
3. Tuż przed zdjęciem stylizacji
4. Wytuszowane rzęsy kilka dni po zdjęciu stylizacji


Ps. Moje naturalne rzęsy wróciły do formy po ok. 3 miesiącach i teraz wyglądają jak dawniej, z dobrym tuszem nawet bardzo dobrze :)



środa, 6 września 2017

Moi kochani czytelnicy.

Strasznie dawno mnie tu nie było i chyba nadeszła pora na kilka słów wyjaśnienia, które Wam, moim stałym czytelnikom, z pewnością się należą.

Na wstępie jednak chciałam Was serdecznie przeprosić za to, że zniknęłam tak zupełnie bez słowa wyjaśnienia. Przerwa, którą zrobiłam sobie w kwietniu miała trwać miesiąc, góra dwa, a ja planowałam powrót z nowymi postami. Tak się nie stało, a dodatkowy czas, który zyskałam dzięki przerwie od bloga wykorzystywałam intensywnie na inne aktywności. I tak, zanim się obejrzałam, nadeszła jesień, a na blogu dalej cisza.

Miałam pomysł, aby zmienić profil blogu ze stricte kosmetycznego na bardziej ogólny. Chciałam pisać o podróżach, które miałam okazję odbyć, o książkach, które mnie zachwyciły czy filmach, które sprawiły, że znowu uwierzyłam w światową kinematografię. 

Obecnie jednak jestem w stanie zawieszenia. Z jednej strony bywają chwile, gdy brakuje mi blogowania. Gdy używam kosmetyku, o którym chciałabym Wam napisać, lub przeczytam coś, co wzbudziło we mnie emocje. Z drugiej, bardzo doceniam czas, którego nie poświęcając blogowaniu (a sami wiecie ile czasu zajmuje napisanie dobrego posta, zrobienie zdjęć, ich obróbka...) mogę poświęcić na inne rzeczy, jak czytanie, samorozwój czy choćby zwykły odpoczynek.
Dzięki temu, że sama nie piszę, również dużo mniej udzielam się na Waszych blogach. Nie czytam, nie komentuję, ale dzięki temu, nie kupuję zbędnych kosmetyków, bo poza blogami rzadko mi coś wpadnie w oko.

Ponadto, od października planuję trochę zmian w moim życiu i nie wiem, czy na prowadzenie blogu wystarczy mi jeszcze sił i czasu, a nie chcę tego robić byle jak.

Dlatego, choć się z Wami nie żegnam, pragnę dać Wam znać, że u mnie wszystko w porządku, tylko moja życiowa droga trochę zmieniła kierunek i nie wiem, czy to nadal jest moje miejsce w sieci.

Dziękuję Wam za to, że jesteście, że mnie nie opuszczacie i, gdy podejmę już ostateczną decyzję co do przyszłości tego miejsca, z pewnością podzielę się nią z Wami.

Tymczasem życzę Wam wszystkiego dobrego i do przeczytania, mam nadzieję.


Pozdrawiam,

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Pielęgnacja cery w salonie, czyli kiedy warto się oddać w ręce specjalisty cz.1

W dzisiejszych czasach, praktycznie każda kobieta ma dostęp do wszelkiej maści kosmetyków, a także wielu zabiegów profesjonalnych, a jednak wykonywanych w zaciszu własnego domu. I nie mam tu na myśli coraz popularniejszej kosmetyki mobilnej.
Liczne blogi nie ułatwiają sprawy opisując, a tym samym zachęcając, do eksperymentowania z własna cerą w domu, bez wydawania pieniędzy na zabiegi na twarz wykonywane w profesjonalnych gabinetach.

Sama mam wykształcenie kierunkowe, dwa lata temu ukończyłam kierunek o wdzięcznej nazwie Technik Usług Kosmetycznych, zyskując tym samym wiedzę i kwalifikacje, by samodzielnie wykonywać na innych, ale i na sobie, wiele zabiegów kosmetycznych. I, o ile nie mam nic przeciwko temu, by część takich zabiegów faktycznie wykonywać samemu, są jednak sytuacje gdy zachęcam, aby oddać się w ręce profesjonalistki. Jakie to sytuacje?


Prawidłowa diagnoza cery
To podstawowy punkt, który powinien być wyjściem do wszelkich decyzji dotyczących naszej pielęgnacji. I każda kobieta przynajmniej raz w życiu powinna zainwestować w dobrą kosmetyczkę i profesjonalna diagnozę naszej cery.
Wiele z nas po latach wie jaką ma cerę, co jej szkodzi, a co służy. Jednak są i takie kobiety, które próbują wszystkiego nie uzyskując zadowalających rezultatów. Najczęstszą tego przyczyną jest niedopasowanie pielęgnacji do rodzaju naszej cery.
Często też brak odpowiedniej wiedzy powoduje, że np. do cery tłustej używamy toników na bazie alkoholu, aby zasuszyć pojawiające się zmiany. Niestety w tym przypadku powodujemy jedynie nasilenie problemu. Tłusta cera potraktowana silnie wysuszającym alkoholem zaczyna produkować więcej sebum, a więc, paradoksalnie, staje się jeszcze bardziej tłusta...
Jeśli nie jesteście pewne jaki macie rodzaj cery, jeśli z Waszą cerą dzieją się niepokojące rzeczy, a pielęgnacja, którą stosujecie, jest nieskuteczna, warto oddać się w ręce profesjonalisty choćby dla wykonania dobrej diagnozy Waszej cery, która pozwoli opracować najbardziej optymalną pielęgnację. Po co błądzić po omacku, jak za kilkadziesiąt złotych możecie na lata zapewnić sobie właściwą, dopasowaną specjalnie dla Was pielęgnację?
Dobrze na taką wizytę wybrać się kilka razy, chociażby w różnych porach roku, koniecznie bez makijażu (demakijaż może podrażniać cerę, co z kolei może prowadzić do błędnej diagnozy), w pierwszej połowie cyklu, najlepiej tuż po miesiączce.

Photo by patrisyu/freedigitalphotos.net
Peelingi chemiczne
Chemiczne złuszczanie naskórka, nazywane popularnie kwasami, niegdyś zarezerwowane było wyłącznie dla profesjonalistów, bo nawet nie dla zwykłych kosmetyczek. Aby móc wykonać taki zabieg, trzeba było zrobić specjalne kursy i zdobyć odpowiednie certyfikaty. Dzisiaj zestawy do takich zabiegów dostępne są w każdej niemal drogerii, a producenci prześcigają się w wymyślaniu nowych formuł i zestawów. Choć jako kosmetyczka miałam okazję kilka razy wykonywać taki zabieg, na samej sobie próbowałam jedynie toniku z kwasem migdałowym. I osobiście odradzam Wam stosowanie gotowych zestawów w zaciszu własnego mieszkania, zwłaszcza, jeśli jest to Wasz pierwszy kontakt z tego typu pielęgnacją, a Wy nie macie ani doświadczenia, ani odpowiedniej wiedzy. Kwasy stosowane w peelingach chemicznych mają różne stężenia, różne pH, mogą bardzo różnie zachowywać się nałożone na naszą skórę, często powodując trudne do przewidzenia reakcje. Zawodowa kosmetyczka po pierwsze przeprowadzi profesjonalną diagnozę Waszej cery, wywiad i na tej podstawie dobierze odpowiedni dla Was kwas.
Leczenie skóry po chemicznych poparzeniach bywa długotrwałe, bolesne, kosztowne, a często nieskuteczne, pozostawiając na stałe blizny, dlatego z peelingami chemicznymi należy bardzo uważać.


Mikrodermabrazja
Jest to zabieg polegający na złuszczeniu głębszych warstw naskórka (płytszych jednak niż sprawiają to peelingi chemiczne) za pomocą specjalnej diamentowej głowicy (bardzo rzadko już z użyciem korundu). Prawidłowo przeprowadzona seria zabiegów nie tylko złuszczy martwy naskórek i poprawi przenikanie substancji aktywnych z kolejnych kosmetyków w głębsze warstwy skóry. Pozwoli także oczyścić pory, wygładzić drobne zmarszczki czy pozbyć się przebarwień.
W drogeriach dostępnych jest mnóstwo kosmetyków, zapewniających o tym, że są zabiegiem mikrodermabrazji. Jednak skład wzbogacony o korund nie sprawia jeszcze, że peeling staje się mikrodermabrazją.
Obecnie na rynku dostępne są także aparaty do domowego zabiegu mikrodermabrazji. Pamiętajcie jednak, że końcówki po zabiegu powinny być odpowiednio oczyszczone (zdezynfekowane i wysterylizowane!), aby zapobiec namnażaniu się bakterii, które podczas zabiegu mają łatwiejszą drogę do naszego organizmu. Zabieg musi być przeprowadzony z odpowiednią mocą, częstotliwością, odpowiednio dobraną ziarnistością głowic. Jest także wiele przeciwwskazań do zabiegu, a domowe urządzenia na pewno nie mają takiej mocy jak te, stosowane w profesjonalnych gabinetach. Co z tego, że zaoszczędzicie parę groszy na serii zabiegów robiąc je w domu, jeśli efekt będzie marny, a często żaden?

Photo by patrisyu/FreeDigitalPhotos.net
Manualne (mechaniczne) oczyszczanie cery
Zabieg przez wielu uważany za niepotrzebny i archaiczny. W wielu gabinetach już niedostępny, jednak prawidłowo przeprowadzony z zachowaniem ostrożności, delikatności i przeciwwskazań potrafi sprawić prawdziwe cuda. Ponadto wciąż będący w programie nauczania na kierunku Technik Usług Kosmetycznych.
Nie należy, pod absolutnie żadnym pozorem, robić tego zabiegu samemu w domu. Po pierwsze, nam samym brakuje trochę wyczucia i możemy na prawdę zmaltretować swoja cerę. Po drugie, cera do manualnego oczyszczania powinna być odpowiednio przygotowania (porządny demakijaż, maska rozpulchniająca, rozszerzenie porów skóry za pomocą wapozonu lub lampy), aby oczyszczanie przebiegło szybko, sprawnie i w miarę możliwości jak najmniej boleśnie. Po trzecie, po oczyszczeniu pory muszą zostać zamknięte, a skóra ukojona. Mało kto, bez odpowiedniego przygotowania i praktyki wie, jak odpowiednio przygotować skórę, oczyścić ją, a w końcu odpowiednio ukoić i zamknąć pory, dlatego najlepiej, jeśli już chcecie wykonać ten zabieg, oddać się w ręce specjalisty. Ponadto doświadczona kosmetyczka najlepiej będzie w stanie ocenić czy ten zabieg jest Wam w ogóle potrzebny.

Photo by patrisyu/FreeDigitalPhotos.net
Regulacja i henna brwi
Choć zabieg ten wydaje się łatwym, rzadko widuję na ulicach prawidłowo wyregulowane brwi, odpowiednio dobrane do kształtu twarzy czy urody. Choć moda na dwie cienkie kreski minęła bezpowrotnie, a kobiety coraz częściej stawiają na naturalny wygląd brwi, wciąż widuje się na ulicach zmasakrowane wręcz brwi, które nie tylko nie dodają uroku, ale wręcz sprawiają, że twarz wygląda dziwnie, nieproporcjonalnie czy wręcz groteskowo.
Regulacja i henna brwi to pierwszy zabieg jakiego uczy się każda kosmetyczka. Pierwsze zajęcia praktyczne, poza właściwym demakijażem, mówiły właśnie o tych dwóch, połączonych ze sobą czynnościach. Jest to też pierwszy zabieg jakiego wymaga się podczas rozmowy o pracę, a także ten, podczas którego najczęściej "sprawdzamy" nową kosmetyczkę.
Czasem wystarczy usunięcie kilku niesfornych włosów, by dodać twarzy odpowiedniego konturu, a rysom ostrości i charakteru. Uważam jednak, że dopóki nie mamy wprawy i odpowiedniej zręczności, a także nie do końca wiemy jakie brwi lubimy, czy jakie nam pasują, warto wybrać się na ten na prawdę niedrogi zabieg do salonu kosmetycznego.

Choć dostęp do wszelkiego typu zabiegów w domowym zaciszu jest coraz łatwiejszy, bywa też dużo tańszy niż seria zabiegów w profesjonalnym gabinecie, to jednak warto czasem zainwestować w siebie, swój wygląd, a często i zdrowie, aby zapobiec przykrym następstwom źle dobranego lub niewłaściwie wykonanego zabiegu.

A Wy chadzacie do kosmetyczki?

Pozdrawiam,

piątek, 31 marca 2017

Recenzja - Bioliq, punktowe serum depigmentacyjne

Kiedyś nie używałam kosmetyków rozjaśniających, bo nie uważałam, że ich potrzebuję. Choć mam sporo tzw. pieprzyków, taka już moja uroda i nie czułam nigdy potrzeby, aby je rozjaśniać. Uważam, że dodają mojej cerze charakteru i wyjątkowości. Noszę jednak okulary i kilka lat temu, podczas wakacji we włoskim ukropie nabawiłam się dość sporych przebarwień na kościach jarzmowych, pomimo regularnego stosowaniu kremu z wysokim filtrem. Od tego czasu stosowałam kilka kosmetyków na przebarwienia, żaden jednak nie przyniósł oczekiwanych rezultatów.
Gdy zobaczyłam w TV reklamę tego serum wiedziałam, że muszę je mieć. Ponieważ bardzo często reklama wyprzedza pojawienie się produktu na sklepowych półkach, tak było i w tym przypadku, musiałam chwilę poczekać aż serum trafi w moje ręce. Znalazłam je w końcu w jednej z internetowych aptek i od razu trafiło do koszyka,  a kilka dni później w moje ręce. Czy spełniło moje oczekiwania, a, co ważniejsze, obietnice producenta? Zapraszam na recenzję.

BIOLIQ
Punktowe serum depigmentacyjne


Skład:
Aqua - woda, rozpuszczalnik
C12-15 Alkyl Benzoate - olej pochodzenia chemicznego, pełni rolę emolientu i konserwantu, kondycjonuje skórę, pełni funkcję rozpuszczalnika, zmniejsza lepkość innych olejów zawartych w kosmetyku, zmiękcza, uelastycznia i wygładza skórę
Octocrylene - filtr przeciwsłoneczny pochodzenia chemicznego, absorbuje promienie UVA i UVB, przez co chroni nie tylko skórę przed przedwczesnym starzeniem, ale także kosmetyk przed zepsuciem, odporny na wodę, posiada właściwości zmiękczające
Isohexadecane - emolient suchy, może działać komedogennie, pełni m.in. funkcję zmiękczającą, rozpuszczalnik, tworzy bardzo gęstą, kremową konsystencję, zmniejsza lepkość kosmetyku, poprawia jego właściwości aplikacyjne, nietłusty i lekki, pozostawia uczucie jedwabistej skóry
Butyl Methoxydibenzoylmethane - filtr przeciwsłoneczny, chroni produkt przed pogorszeniem jego jakości spowodowanej promieniowaniem
Ethylhexyl Methoxycinnamate - chemiczny filtr przeciwsłoneczny
Methylpropanediol - rozpuszczalnik, promotor przenikania, substancja wygładzająca skórę
Caprylyl Glycol - kwas tłuszczowy, działa nawilżająco i natłuszczająco, ułatwia rozprowadzanie kosmetyku, tworzy warstwę okluzyjną, zapobiegając odparowaniu wody, zapobiega wysychaniu kosmetyku
Phenylpropanol - substancja zapachowa i konserwująca
Shikimic Acid - kwas szikimowy, substancja aktywna, działająca rozjaśniająco
Steareth-21 - emulgator, substancja konsystencjotwórcza, regulator lepkości
Titanium Dioxide - dwutlenek tytanu, naturalny filtr przeciwsłoneczny, zagęstnik emulsji
Silica - krzemionka, substancja mineralna pochodzenia naturalnego, pełni rolę wypełniacza, stabilizator kosmetyku, przedłuża jego trwałość
Tetrapeptide-30 - kondycjoner, substancja ochronna
Glycerin - hydrofilowa substancja nawilżająca, humekant
Panthenol - prowitamina B5, działa przeciwzapalnie i przyspiesza regenerację skóry, natłuszcza i łagodzi stany zapalne, łagodzi oparzenia, wygładza skórę, pełni rolę humekanta
Steareth-2 - niejonowa substancja powierzchniowo czynna, renatłuszczająca
Cetyl Alcohol - emolient tłusty, może działać komedogennie, zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody, tworząc na skórze warstwę okluzyjną, posiada pośrednie działanie nawilżające
Glyceryl Stearate - emolient tłusty pochodzenia naturalnego, może działać komedogennie, na skórze tworzy film hamujący nadmierne wyparowywanie wody z powierzchni skóry, natłuszcza, wygładza, zmiękcza skórę i włosy, chroni przed wolnymi rodnikami, emulgator W/O
Magnesium Aluminum Silicate - zagęstnik i wypełniacz, utrzymuje odpowiednią konsystencje produktu, zapobiega powstawaniu grudek, absorbuje wilgoć, zapobiega wysychaniu kosmetyku, ułatwia jego aplikację, wygładza
Sodium Hydroxide - regulator pH
Polyacrylamide - substancja zagęszczająca, stabilizator emusji, tworzy na powierzchni skóry i włosów film, który chroni przed nadmierną utratą wody, działa zmiękczająco i wygładzająco
Hydrogenated Polydecene - emolient, rozpuszczalny w olejach i tłuszczach, zmiękcza, nawilża i wygładza skórę, tworzy na jej powierzchni film, ograniczający odparowanie wody
Laureth-7 - zmiękcza i nawilża naskórek, emulgator, ma wpływ na konsystencję kosmetyku
Stearyl Alcohol - organiczny związek chemiczny, substancja nierozpuszczalna w wodzie, pełni funkcję emolientu, natłuszcza, nawilża, zmiękcza i wygładza, może działać komedogennie, zapobiega nadmiernemu odparowaniu wody, emulgator W/O
Disodium EDTA - substancja pochodzenia syntetycznego, reguluje lepkość kosmetyku, wpływa na jego konsystencję, zwiększa trwałość produktu, zabezpieczając przed zmianą koloru czy zapachu, wspomaga działanie konserwantów
Źródło: Kosmopedia.orgCosIngkosmeter

Skład jest dość długi i chemiczny. Tytułowa i zarazem aktywna substancja, czyli kwas szikimowy, znajduje się mniej więcej w połowie stawki. W składzie znajdziemy też sporo filtrów UV, a także glicerynę i pantenol.

Cena regularna: ok. 13 pln (według ceneo.pl)
Pojemność: 10 ml
Dostępność: apteki stacjonarne i internetowe


Serum otrzymujemy zapakowane w kartonik, w którym znajdziemy niewielką tubkę wykonaną z elastycznego plastiku, zakończoną gumowym "dziubkiem" podobnym do aplikatora w niektórych błyszczykach czy balsamach do ust. Graficznie prosto i bardzo czysto, typowo aptecznie. Serum ma gładką, lekką, kremową konsystencję w kolorze białym. Serum jest bezzapachowe. Wydajność oceniam bardzo wysoko.

Obietnice producenta a rzeczywistość... 
Aktywnie redukuje i rozjaśnia zmiany hiperpigmentacyjne różnego rodzaju, wyrównując koloryt skóry. Zawiera filtr przeciwsłoneczny (SPF 20 UVA/UVB).

Aktywne składniki serum intensywnie redukują i rozjaśniają przebarwienia hiperpigmentacyjne, różnego pochodzenia. Związek peptydowy wpływa na hamowanie aktywności melanocytów, skutecznie przeciwdziałając nadmiernej produkcji melaniny w skórze. Dodatkowo kwas szikimowy, naturalnie występujący w krzewie Illicium lanceolatum, delikatnie złuszcza i wygładza naskórek w obrębie przebarwienia, przyspieszając proces wyrównywania tonacji skóry. Serum zawiera filtr ochronny (SPF 20), który zabezpiecza skórę przed działaniem promieni słonecznych UVA/UVB, stymulujących proces hiperpigmentacji.

Skuteczność potwierdzona badaniami dermatologicznymi: redukcja przebarwień już po 2 tygodniach (przy zastosowaniu preparatu 2 razy dziennie w miejscu przebarwienia).

Serum przeznaczone jest do punktowego stosowania na skórę w miejscy przebarwienia (omijać okolice oczu). Polecane do redukcji przebarwień różnego rodzaju, m.in.: plam posłonecznych, potrądzikowych, a także wywołanych wiekiem czy powstałych na skutek zaburzonej pracy hormonów
.
Źródło

Serum ma dość lekką konsystencję, dobrze się rozprowadza po skórze i szybko wchłania pozostawiając na niej delikatny, satynowy film. Osobiście używam go na noc, po dokładnym demakijażu, jako ostatni element mojej codziennej wieczornej pielęgnacji, a rano zmywam płynem micelarnym przed aplikacją kremu z filtrem. Czy serum działa? Po pierwszym miesiącu używania miałam wątpliwości. Przebarwienia wciąż dość mocno odznaczały się na mojej skórze, ale okazało się, że wystarczy dać mu więcej czasu. Po ok. 6 tygodniach stosowania zauważyłam znaczną poprawę w kolorze przebarwień, były one znacznie jaśniejsze, choć nadal widoczne. Obecnie jestem po ok. 3-miesięcznej kuracji, a przebarwienia są już bardzo jasne. Nadal, dla mnie, widoczne, ale znacznie mniej niż kiedyś. Na początku kuracji do ich zakrycia nie wystarczył krem BB, potrzebny był korektor. Obecnie krem BB doskonale wyrównuje ich kolor i korektor nie jest już niezbędny. 


Choć serum potrzebowało trochę czasu by zadziałać, jestem nim zachwycona. Po dłuższym stosowaniu pięknie wyrównuje przebarwienia, rozjaśnia je, dodatkowo nawilża skórę. Być może kiedyś całkiem pozbędę się moich przebarwień na kościach jarzmowych, ale widocznie wymaga to więcej czasu i pracy. Serum jest szalenie wydajne, nie spowodowało uczulenia czy podrażnienia. Do tego bardzo przystępna cena. Osobiście bardzo polecam.

Czy kupię ponownie? 
Z całą pewnością TAK, choć nieprędko z uwagi na jego wydajność

Ocena ogólna:

Pozdrawiam,


piątek, 24 marca 2017

Wiosenne Rozdanie z Balea - WYNIKI

W ten pochmurny i zupełnie nie wiosenny dzień zapraszam Was na szybki post z wynikami rozdania.

Ale na początek krótkie przypomnienie o co walczyliście :) Do zgarnięcia był zestaw kosmetyków znanej i lubianej, choć wciąż trudno dostępnej na naszym rynku marki Balea, widoczny na poniższym zdjęciu:


Chciałam także podziękować za całkiem przyzwoitą frekwencję, za każde zgłoszenie a także za to, że wielu z Was chciało się poświęcić tych kilka chwil na odpowiedź na, nieobowiązkowe w końcu, pytanie. Jedna odpowiedź urzekła mnie w szczególności...


I właśnie autor tej odpowiedzi zgarnia zestaw kosmetyków Balea, a jest nim...


Serdecznie gratuluję wygranej, do Ciebie za chwil kilka poleci mail z informacją o wygranej, a także prośbą o przesłanie adresu, na który życzysz sobie wysyłkę paczki :)

A Wam raz jeszcze bardzo dziękuję za udział, wkrótce, być może, pojawi się kolejne ciekawe rozdanie, także bądźcie czujni ;)
Tymczasem życzę Wam wspaniałego, iście wiosennego weekendu :)

Pozdrawiam,