niedziela, 10 lipca 2016

Niekosmetyczna niedziela - Dominika Gwit, Moja droga do nowego życia

Po blogowych wakacjach powracam dzisiaj z postem niekosmetycznym.


Dominika Gwit znana jest z kilku ról, jednej filmowej i dwóch serialowych, ale dla najszerszego grona "zwykłych śmiertelników" znana się stała wtedy, gdy zaczęła z programem Konrada Gacy walczyć o szczupłą sylwetkę. Chudła w szybkim, wręcz niezdrowym tempie. Schudła tak bardzo, że wyglądała na chorą, nieapetycznie, chłopięco i bardzo nieproporcjonalnie. Schudła po to, by w niespełna rok po osiągnięciu swojej, jak podkreśla w książce, wymarzonej sylwetki... przytyć. I to nie mało, bo 25 kilogramów, jak deklaruje.


Choć jej poczynań aktorskich zupełnie nie śledzę, tematyka związana z odchudzaniem jest bliska memu sercu, dlatego, gdy dowiedziałam się, że Dominika napisała książkę o swoich przygodach z odchudzaniem, natychmiast weszłam na stronę empiku i zamówiłam ją w przedsprzedaży.

Książkę czyta się szybko i lekko, Dominika nie daje w niej rad dotyczących odchudzania, nie podaje jadłospisów czy programów ćwiczeń. Po pierwsze dlatego, że nie jest specjalistką, po drugie - bo za program odchudzający zapłaciła kupę kasy i pewnie nie wolno, albo szkoda jej, dzielić się tą wiedzą. Dla mnie książka to jej spowiedź. A, że niestety nie utrzymała wagi, co po programie, który stosowała jest niestety bardzo częste, wręcz nagminne, musi teraz "świecić oczami". Zrobiła ze swojego odchudzania historię, którą z zapartym tchem śledził niemal cały kraj, a przynajmniej fani telewizji śniadaniowych, to teraz musi się przed tymi tysiącami ludzi tłumaczyć dlaczego pozwoliła sobie na ponowne utycie.


"Otyłość, to choroba, która polega na tym, że metabolizm jest zwolniony i organizm nie spala tak jak u zdrowego człowieka. Jest uznawana za jedną z chorób cywilizacyjnych, a Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła, że osiąga rozmiary epidemii! Zbyt wiele kalorii w diecie, brak aktywności fizycznej, tempo życia, stres... Ogromną rolę pełnią też czynniki genetyczne, stąd "rodzinna" otyłość". [fragment książki].

Nie mam pojęcia skąd autorka czerpię tę wiedzę. Owszem, otyłość jest chorobą co nadal wielu lekarzom trudno przyznać. Ma podłoże fizyczne, ale przede wszystkim emocjonalne. Nie jest natomiast prawdą, że metabolizm jest spowolniony. Badania wykazują, że metabolizm u człowieka z nadwagą czy otyłością, poza nielicznymi przypadkami chorób metabolicznych, jest identyczny jak u osoby szczupłej. Problemem nie jest spowolnione spalanie kalorii, ale ich ilość dostarczana do organizmu każdego dnia.
Po drugie, nieprawdą jest, że otyłość jest uwarunkowana genetycznie. Otyłość rodzinna jest wynikiem odżywiania się według tych samych przyzwyczajeń i schematów, które utrzymujemy nadal po wyjściu z domu rodzinnego. W domu żywimy się tłusto i niezdrowo i tak samo odżywiamy się poza domem. Stąd często otyłość występująca u wielu osób w tej samej rodzinie.

Każdy, kto miał do zrzucenia więcej niż kilka kilogramów, a u Dominiki było to kilkadziesiąt, wie, że nie jest to ani łatwe, ani proste, ani przyjemne. Odchudzanie jest ciężką pracą i wymaga mnóstwa poświęceń nawet dla osób, które nie są rozpoznawalne i nie żyją na oczach tysięcy ludzi, a więc i w takich warunkach się nie odchudzają. Najtrudniejsze jednak jest utrzymanie tej nowej, niższej wagi.

Dominika kończąc pisać swoją książkę, wiedziała już, że poniosła porażkę, choć wtedy jeszcze nie wiedziała jak wielką. Teraz tłumaczy, że pogodziła się ze swoim ciałem i kilogramami, że dobrze się ze sobą czuje. Jednak ja tego nie kupuję.

W książce czytamy wiele gorzkich słów na jej temat, słów, które sama o sobie mówi. Nikt, kto myślał o sobie w wersji otyłej w taki sposób nie przekona mnie, że teraz już się pokochał i pogodził z własnym losem. Po prostu tego nie kupuję.

"Otyłość jest okropna, zwłaszcza dla kobiety, szczególnie młodej, która w głębi duszy pragnie być atrakcyjna, chociażby sama dla siebie. [...]  Opróżniłam lodówkę i na koniec jeszcze kupiłam sobie chipsy, żeby przed dietą poczuć ich smak. Wiedziałam, że czeka mnie długa droga i że następne chipsy zobaczę za jakiś rok... Teraz gdy to piszę, śmieję się sama do siebie, bo dziś nie potrzebuję do szczęścia takich przekąsek, ale wtedy nie spodziewałam się tego, jak bardzo kolejny rok zmieni moje życie i myślenie o jedzeniu" [fragment książki].

Czyżby? Jeśli tak, to dlaczego efekty są aż nadto widoczne na Twoim ciele? Dlaczego, skoro nie potrzebujesz takiego jedzenia, jesz je?


Dominika podkreśla jak rewelacyjnie się czuła będąc osobą szczupłą, jaka była szczęśliwa i zadowolona z siebie, a jednak teraz, ważąc grubo ponad 20 kg więcej niż po skończeniu diety Konrada Gacy zapewnia, że jest szczęśliwa, zdrowa, że wszystko jest ok.

Nie, nie jest, i to widać aż nazbyt wyraźnie w książce jej własnego autorstwa. Moim zdaniem za szybko zdecydowała się na opowiedzenie własnej historii, bo teraz musi się obcym ludziom tłumaczyć z tego, dlaczego wtedy jako gruba była nieszczęśliwa, a teraz już jest, choć znowu jest gruba.
Nie mogę powiedzieć, że wiem co ona czuje, bo każdy z nas przeżywa takie historie we własny, unikatowy i typowy tylko dla siebie sposób. Jednak sama mając olbrzymią nadwagę, chudnąc i tyjąc na powrót mogę podejrzewać, że nie jest jej wcale tak dobrze, jak to próbuje wszystkim wmówić. Nie wierzę po prostu, że tak lekko do tego podchodzi. Jednak przecież ludziom trzeba coś powiedzieć.



Pamiętam pewien wywiad z Dominiką, przeprowadzony tuż przed premierą książki. Zapewniała, że nie uważa, aby poniosła porażkę. Owszem, poniosłaś. Pięknie schudłaś na wycieńczającej i bardzo restrykcyjnej diecie, ale nie wytrzymałaś ciśnienia i rzuciłaś się na jedzenie, które lubisz i którego Twojemu zagłodzonemu organizmowi najwyraźniej brakowało. Dlatego efekt jest, jaki jest.

Moja rada dla Dominiki, to terapia u dobrego terapeuty, specjalizującego się w zaburzeniach odżywiania pod kątem otyłości i kompulsywnego objadania się, o ile uda Ci się takiego znaleźć, bo nie jest to proste. Wiem, czym jest wielka otyłość i sama uczę się z nią walczyć. Każdy może tego dokonać, tylko trzeba się za to zabrać od odpowiedniej strony. Niestety bez wsparcia terapeutycznego, bez zrozumienia, dlaczego mamy problem z jedzeniem, żadna dieta i żaden program odchudzania nie przyniesie trwałych efektów. A program pana Gacy niestety nie zapewnia psychologicznego wsparcia. Wiem, bo sama go stosowałam przez kilka miesięcy. Pomoc ograniczała się do rozliczania z efektów, ale to temat na inny post.


"Zdrowe, racjonalne żywienie - to od razu przyszło mi do głowy. [...] Dobra, zdrowa, zbilansowana dieta dostarcza organizmowi wszystkich najważniejszych składników i lekki głód na prawdę nie jest oznaką, że czegoś nam brakuje. [...] to na prawdę szalenie ważne, aby trening był układany indywidualnie, tak samo jak dieta. Jeżeli tylko możemy sobie na to pozwolić - skorzystajmy z porad specjalistów. [...] Tylko dieta, która jest różnorodna i bogata we wszystkie wartości odżywcze, daje zdrowy efekt!" [fragmenty książki].

Skoro tak, to dlaczego nie wybrałaś się do wykwalifikowanego dietetyka? W połączeniu z dobrym trenerem i psychoterapeutą myślę, że, choć znacznie wolniej, to jednak osiągnęłabyś trwały efekt. A nie rozpoczynać dietę, która, wbrew temu, co piszesz, nie jest ani odpowiednio skomponowana, ani zbilansowana, ani zdrowa. A już przede wszystkim nie jest indywidualnie dopasowywana do nas. "Specjaliści" Konrada Gacy mają gotowe rozpiski w kilku wersjach i generalnie każdy dostaje ten sam jadłospis zmieniający się w zależności od etapu odchudzania. Dokładnie to samo dotyczy treningu.
Racje żywnościowe są wręcz głodowe, jadłospis bardzo ograniczony a możliwość komponowania posiłków praktycznie żadna, bo nie wolno nam wychodzić poza to, co w jadłospisie. Nie ma nawet możliwości zamienienia produktów, które nie przechodzą nam przez gardło (w moim przypadku to np. suszone śliwki, które powodują odruch wymiotny) na inny, bardziej zjadliwy produkt i zbliżonej wartości odżywczej.
Do tego w programie jest sporo ćwiczeń fizycznych, czy lubimy czy nie.

"Uda już nie ocierały się o siebie tak, że je raniłam, a na dodatek nie miałam zadyszki. Poza tym założyłam krótkie spodenki! Matko! Jak wielka to była radość! Mogłam w końcu latem swobodnie spacerować! Nie wstydziłam się! To było Piękne uczucie... [...] Czułam się wolna. Czułam, że uwalniam się od koszmaru otyłości, że on nadchodzi, a ja mogę wszystko! [...] Wiem, powtarzam się, ale było to dla mnie na prawdę wielkie przeżycie. Cały czas siedziały mi w głowie zakupy w dziale "big size" i t-shirty w rozmiarze XXL lub zwiewne spodnie na gumce w rozmiarze 50. Dlatego ta 'eska' tak mnie cieszyła. Coś niebywałego". [fragmenty książki].

Czy na prawdę jesteście gotowi uwierzyć, że ktoś, kogo tak radowała szczupła sylwetka, nie ocierające się o siebie uda i możliwość założenia krótkich spodenek nie ma problemów z tym, że znowu utył? Że wszystkie problemy powróciły, a on mimo to jest szczęśliwy i pogodzony ze sobą? Ja, powtórzę to raz jeszcze, nie kupuję tego.

Link do artykułu i zdjęć Dominiki z promocji książki. [źródło: Pudelek.pl]

Podsumowując lekturę, książka jest słaba, marnie napisana, do tego historia Dominiki kompletnie mnie nie przekonuje. Choć, jak wspomniałam, czyta się ją lekko i szybko, nie wniosła nic nowego, nic odkrywczego w moje życie czy poglądy na temat odchudzania. Ot, kolejna historyjka znanej osoby, która schudła..., ale tak nie do końca. Do tego premiera i promocja książki oparta jest na jednym wielkim kłamstwie, bo autorce nie tylko nie udało się utrzymać nowej wagi i figury, którą tak szczerze lubiła i którą się chwaliła, ale wręcz przekonuje teraz wszystkich, że jest jej z tym dobrze, że kocha siebie, swoje ciało i swoje kilogramy. A może najbardziej próbuje przekonać o tym siebie samą? To "nowe życie" okazało się dla Dominiki zbyt trudne, zbyt monotonne i zbyt restrykcyjne, aby zechciała w nim pozostać. Cóż, szkoda. Pozostaje mi życzyć jej powodzenia, jeśli ponownie postanowi schudnąć, tym razem w bardziej racjonalny i zbilansowany sposób.

Nie polecam. Lepiej te pieniądze wydać na inną, ciekawszą i coś wnoszącą w nasze życie pozycję, niekoniecznie o odchudzaniu.

Jeśli ktoś z Was ma ochotę na poznanie całej historii, proszę o informację w komentarzu + adres maila. Z przyjemnością podzielę się moim egzemplarzem.

Pozdrawiam,

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Przerwa... klimatyczna



Ostatnio jestem bardzo zajęta. Zaczęłam chodzić rano na basen, popołudniu na ćwiczenia, zmieniam nawyki żywieniowe, przez co przygotowanie psiłków do pracy i w domu zajmuje mi więcej czasu. Przez to wszystko, mój już mocno ograniczony czas skurczył się do minimum.

Ponadto czuję przesyt wzystkim i ogólne wyczerpanie dlatego też, aby blog nie stracił na jakości, postanowiłam oficjalnie ogłosić chwilową przerwę, nazwijmy ją klimatyczną.

Od jakiegoś czasu nie publikowałam nowych postów, nie chcę jednak abyście pomyśleli, że Was nie szanuję czy ignoruję, dlatego też do końca czerwca / początku lipca odpoczywam od bloga, by nabrać sił i podładować akumulatory.

Będę wpadać do Was, czytać, czasem komentować, jednak od mojego bloga robię sobie co najmniej 2-tygodniową przerwę, by powrócić do Was w pełni sił, energii i nowych pomysłów, realizowanych z równym zapałem i w równie wysokiej jakości jak dotychczas.

Pozdrawiam,

środa, 8 czerwca 2016

Akcja "Zużywam, nie kupuję..."

Nadeszła znowu ta chwila, kiedy stwierdziłam, że mam poważny problem z zakupami. Wprawdzie dotyczy to nie tylko kosmetyków, bo kupuję też ciuchy i np. książki, ale kosmetyki to moja pięta achillesowa, dlatego postanowiłam zacząć swoją własną akcję "Zużywam, nie kupuję...".


Akcja ma na celu zużycie moich olbrzymich, kosmetycznych zapasów i ograniczenie wydatków, przede wszystkim na kosmetyki. Zaczęłam też czytać książki, głównie o dietach, które od długiego czasu zalegają na moich półkach, w planach mam też przejrzenie szafy, ale to będzie prawdziwe wyzwanie i muszę mieć na to mnóstwo czasu.
Dlatego, nie wszystko na raz, małymi krokami w stronę może nie minimalizmu, ale ograniczenia zakupów, zwłaszcza tych niekoniecznie niezbędnych. Jeśli macie ochotę, to serdecznie zapraszam Was do udziału w mojej akcji.

Pozbądźmy się kosmetycznych zapasów, zużywajmy to, co zalega nam na półkach i w szafkach zamiast kupować nowe sztuki. Takie mam postanowienie na najbliższe 3 miesiące (do końca sierpnia). Wtedy przejrzę moje zapasy raz jeszcze i postanowię, czy akcję kontynuuję. Oczywiście nie mówię, że nie kupię nic. Są produkty, które mi się kończą i nie mam dla nich kolejnych w kolejce (np. kremy do rąk czy do twarzy, a także płyny do higieny intymnej), ale zanim nie zobaczę denka poprzedniego kosmetyku, nie zamierzam kupować dla niego następcy :) I tego będę się trzymać.

Pod koniec miesiąca będę również starała się zrobić małe podsumowanie, co udało mi się zużyć i czy faktycznie w danym miesiącu nie kupiłam nic "na zapas". Nie będzie to typowe denko, raczej krótkie podsumowanie kosmetycznych zużyć. Pora oczyścić szuflady z zalegających wszędzie kosmetycznych zbiorów.

Pozdrawiam,

piątek, 3 czerwca 2016

Pięciu wspaniałych, czyli ulubieńcy miesiąca - Maj 2016


Ależ ten czas leci. Nie zdążyłam się obejrzeć, a już mamy czerwiec. A skoro mamy czerwiec zapraszam Was na tradycyjnych już ulubieńców minionego miesiąca :)


CERA+ Solututions, krem z wysoką ochroną przeciwsłoneczną SPF 50
W maju słoneczko dawało nam popalić, ale ja i tak przez cały rok używam kremu z fitlrem. Po nieudanej przygodzie z Ziają (KLIK) w ruch poszedł krem marki CERA+, który już od dłuższego czasu czekał na swoją kolej w kosmetycznej szufladzie z zapasami. Z firmą nie miałam wcześniej styczności, choć jej kosmetyki widywałam na Waszych blogach.
Filtr dobrze się rozprowadza, zostawia delikatny, satynowy film, ale po przypudrowaniu nie jest on wyczuwalny. Dość szybko się wchłania choć potrafi spływać ze skóry gdy się spocimy. Bardzo delikatnie bieli i ma bardzo przyjemny, kremowy zapach. Mnie kojarzy się z wakacjami. Ogólnie jestem z niego zadowolona, choć gdy zużyję, z pewnością wypróbuję inne produkty.
Pojemność: 50 ml
Cena:  ok. 20 pln



VIANEK, nawilżający krem do twarzy na dzień
Vianek to marka córka znanej Wam pewnie polskiej marki kosmetyków naturalnych Sylveco.
Gdy tylko produkty pojawiły się na naszym rynku musiałam koniecznie je przetestować, wybór padł m.in. na krem, choć z dużą dozą ostrożności. Kremy Sylveco kompletnie się u mnie nie sprawdziły, na szczęście tym razem jest zupełnie inaczej. Krem jest dość delikatny, ma przyjemny zapach, dobrze i szybko się wchłania pozostawiając skórę przyjemnie gładką i satynową w dotyku. W tym miesiącu używałam go najczęściej i z pewnością możecie się spodziewać jakiejś szerszej recenzji.
Pojemność: 50 ml
Cena: 27,99 pln


Oriflame, Skin Dream BB Cream SPF 30
Jak zapewne wiecie uwielbiam wszelkie pseudo BB kremy. A że wiosna rozpieszcza nas piękną, letnią pogodą, odstawiłam cięższe podkłady na rzecz lekkich kremów tonujących. Ten kupiłam dawno temu w jednym z katalogów Oriflame, a podczas ostatnich porządków odnalazłam go w kosmetycznych zapasach i zaczęłam używać jako, że jego termin przydatności dobiega powoli końca.
Krem ma bardzo ładny, jasny kolor, dobrze stapia się z cerą wyrównując koloryt, ale nie dając jakiegoś wielkiego krycia. Ponadto dobrze nawilża, utrzymuje się na skórze cały dzień choć delikatnie się ściera, nie oksyduje, dobrze zmywa ze skóry podczas wieczornego demakijażu. Bardzo się polubiliśmy, choć z uwagi na inne ulubione produkty w tej kategorii raczej ponownie się na niego nie skuszę. Jest to jednak bardzo porządny produkt w swojej kategorii (kremy tonujące).
Niestety nie widzę go w ofercie marki.


Oceanic, Long4Lashes, odżywka do brwi
Moje brwi zawsze były jasne i rzadkie, podobnie jak pozostałe owłosienie na moim ciele. O ile w przypadku nóg czy pach nie ubolewam nad tym faktem, o tyle brwi to zupełnie inna bajka. Odpowiednio dobrany kształt i dobrze wykonana henna dodają twarzy oprawy i charakteru. Ja niestety muszę się od wczesnej młodości wspierać kredkami, cieniami, pomadami czy farbkami do brwi, bo natura niestety była bardzo skąpa. Gdy zobaczyłam w Rossmanie tę odżywkę, musiałam, pomimo nie małej ceny, ją wypróbować.
Choć efekt jak na razie nie jest spektakularny, odżywka już wyraźnie zagęściła moje brwi, lekko je przyciemniła, włosków jest zdecydowanie więcej. Moje opakowanie już się skończyło, ale będąc w środę w Rossmannie zaopatrzyłam się w kolejne opakowanie. Kto wie, może doczekam się brwi a'la Breżniew ;)
Pojemność: 3 ml
Cena: 79,99 pln


Bourjois Rouge Edition Velvet, 10 Don't pink of it
Matowe pomadki Bourjois podbiły blogerski świat, chyba nie ma blogerki/vlogerki, która by o nich nie słyszała. Ja również skusiłam się na kilka kolorów, przede wszystkim nudziakowych róży, bo w nich czuję się na co dzień najlepiej. Pomadka ma przepiękne, satynowe wykończenie, dzięki aplikatorowi pozwala na jej równomierną aplikację na ustach, kolor jest w pełni kryjący i utrzymuje się na ustach calutki dzień, nawet z jedzeniem i piciem, choć należy uważać z potrawami czy napojami tłustymi, tego niestety nie przetrwa. Bez problemu można ją zmyć płynem micelarnym czy mleczkiem.
Wady? Nieprzyjemny zapach i dość wysoka cena, ale za taką jakość można zaszaleć ;)
Pojemność: 7,7 ml
Cena: od 30 do 45 pln (w zależności od drogerii)


Znacie któregoś z moich ulubieńców?

Pozdrawiam,

wtorek, 31 maja 2016

Recenzja - Cosmepick, kosmetyki do makijażu

Makijaż noszę niemal codziennie. Do pracy wybieram raczej ten delikatny, ograniczający się do kilku podstawowych kosmetyków. Dzisiaj chciałabym krótko zrecenzować kilka kosmetyków kolorowych, które trafiły do mnie podczas Blogerskiego Dnia Kobiet w Katowicach.

Jednym ze sponsorów spotkania, była nieznana mi wcześniej firma Cosmepick, producent kosmetyków do makijażu, ale, jak wynika ze strony www, również pielęgnacyjnych. Przez nieporozumienie producent wysłał prezenty dla nas zarówno do Agnieszki jak i Sandry, dzięki czemu każda z nas otrzymała po dwa zestawy kosmetyków. Ja jeden ze swoich zestawów podarowałam Karolinie, która niestety nie mogła być obecna na tym spotkaniu (pozdrawiam Cię serdecznie :*) drugi natomiast zostawiłam sobie, aby przetestować.


Z czterech otrzymanych produktów przetestowałam jedynie dwa. Dlaczego?
Zestaw, który sobie zatrzymałam, składał się z podkładu, pudru w kamieniu, paletki czterech cieni oraz cienia w kredce.
Niestety zarówno podkład jak i puder są w tak ciemnym kolorze, że uniemożliwia mi to ich przetestowanie, a szkoda.

Make Up Brillance, fluid rozświetlający (01 Sand)


Podkład otrzymujemy w niewielkiej, matowej tubce koloru czarnego stojącej na zakręcanym korku. Minimalistyczna stylistyka szalenie mi się podoba, jest elegancka i gustowna. Podkład ma lekko lejącą, gładką konsystencję o bardzo przyjemnym, kremowym zapachu, który niestety po aplikacji zamienia się w smrodek znany nam z samoopalaczy, co było bardzo zaskakujące. Dobrze się rozprowadza na skórze dając średnie krycie, najjaśniejszy kolor gamy jest jednak bardzo ciemny i wpada w pomarańczowe tony. Pomimo, że podkład jest rozświetlający, nie widzę w nim żadnych drobin, daje jednak perłowe, lekko mokre wykończenie.


Niestety producent nie przewidział odcienia dla osób o bladej cerze w kolekcji swoich podkładów. 
Gama kolorystyczna: 01 Sand, 02 Caramel, 03 Biscuit
Cena: 18,00 pln

Face Powder, puder prasowany (03 Ivory)


Puder zapakowany jest w elegancką puderniczkę z okienkiem wraz ze sprytnie umieszczonym lusterkiem i puszkiem. Najjaśniejszy odcień gamy, choć na stronie wygląda na jasny (również z nazwy wynikałoby, że powinien być to jasny odcień, "ivory" w końcu to kość słoniowa) jest niestety dość ciemny i wchodzący w różowe tony. Różnica między zdjęciem na stronie producenta a oryginalnym kolorem w opakowaniu jest na prawdę bardzo duża. Puder ma przyjemną, satynową konsystencję, dobrze współgra z podkładem dając mu matowe wykończenie, jednak przyciemniając jego kolor.


Tutaj również producent nie przewidział odcieni dla osób o bladej cerze.
Gama kolorystyczna: 01 Sand Beige, 02 Medium Biscuit, 03 Ivory, 04 Medium Honey
Cena: 15,60 pln

Eye Shadow Quatro, poczwórne cienie do powiek z jedwabiem i wit (04 Total denim)


Paleta cieni do powiek, to cztery uzupełniające się kolorystycznie cienie. W pierwszym momencie bardzo sceptycznie podchodziłam do mojego zestawu kolorystycznego, gdyż moja paletka jest w odcieniach niebieskości. Owszem, uwielbiałam niebieskie cienie do powiek, ale było to w połowie lat 90-tych gdy każda nastolatka miała w swojej kosmetyczce paletę takich cieni, żarówiasty lakier do paznokci i, obowiązkowo, wodę perfumowaną o zapachu wanilii. Postanowiłam jednak zaryzykować.


Opakowanie podobne jak w przypadku pudru prasowanego, czarne, z okienkiem i sprytnie ukrytą pacynką, jednak bez lusterka. Wygląda na dość trwałe i solidne.
Cienie nie osypują się podczas aplikacji, na dłoni mają średnią pigmentację, jednak na bazie wyglądają na prawdę nieźle. Są to cienie matowe o lekko satynowym wykończeniu, kolory ciemniejsze wyglądają na delikatnie perłowe, jednak na powiece tego nie widać. Dzięki satynowej strukturze dobrze się aplikują i nieźle utrzymują na powiece. Niestety marnie jest z blendowaniem. O ile nałożenie koloru na powiekę nie stanowi problemu, o tyle rozcieranie cieni to koszmar. Zaaplikowane w miejscu już tam pozostają i trzeba się bardzo mocno namachać pędzlem aby wydobyć jakikolwiek efekt przejścia kolorystycznego.
Co do trwałości, na bazie utrzymują się cały dzień, delikatnie tylko blaknąc, nie zbierają się w załamaniu, nie znikają, jest dobra. Nie sprawiają też problemu podczas wieczornego demakijażu.


Gama kolorystyczna: 01 Party Hard (brokatowo-perłowe odcienie szarości i srebra), 02 Safari Look (matowe i perłowe odcienie brązu i beżu), 03 Daily Chic (matowe i perłowe odcienie brązu i beżu), 04 Total Denim (matowe odcienie niebieskości), 05 Fashion Week (odcienie brązu, beżu i szarości)
Cena: 12,00 pln

Eye Shadow Pencil, cień do oczu w kredce (01 Grey Space)


Cień do powiek w kredce to już całkiem inna historia. Mnie trafił się odcień, który jest przepięknym grafitem. Niestety producent wpadł na koszmarny pomysł, by do tego pięknego koloru dorzucić brokatowych, srebrnych drobin. Jak dla mnie zepsuł tym cały efekt tej jakże przyjemnej w teorii kredki.
Kredka należy do kredek typu "jumbo", ma dość duży, przez co mało precyzyjny sztyft. Trudno zaaplikować kredkę w roli linera (a tak chciałam ją stosować). Brokatowe drobiny też nie ułatwiają pracy, powodując nieprzyjemne tarcie o skórę powiek i nierównomierną aplikację koloru.
Kredka niestety znika w ciągu dnia, blaknie i wieczorem poza srebrnymi drobinami niewiele z niej zostaje. Szkoda. Gdyby nie ten brokat, z pewnością często byłaby przeze mnie używana, nawet pomimo pozostałych wad. Podczas demakijażu jej resztki zmywają się bez problemu, nawet te brokatowe drobiny.


Gama kolorystyczna: 01 Grey Space, 02 Galaxy Turquoise, 03 Cosmic blue, 04 Mocca Brown (Uwaga! Na stronie producenta pomylone są w opisie odcienie 02 z 04, tzn. jest błędny opis w stosunku do ilustracji)
Cena: 11,40 pln.

Jak widzicie do produktów marki mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony cienie są porządne, puder i podkład też mogłyby takie być, jednak niestety producent nie pomyślał o odcieniach dla osób z bledszą cerą (a ja nie jestem najbardziej blada na świecie!) i musiały one niestety odpaść w przedbiegach. Ponadto denerwuje mnie, że producent nie zadał sobie trudu, aby skomponować te zestawy w jedną, spójną całość. Mam Niebieskie cienie i szarą kredkę z brokatem, a w ofercie jest kredka o kolorze niebieskim, która, moim zdaniem, dużo lepiej komponowałaby się z tą paletą cieni. Sama kredka byłaby ok, i z pewnością bym ją wykorzystała, gdyby nie te okropne, brokatowe drobiny, które nie tylko psują efekt, ale utrudniają też aplikację cienia na powiekach.

Nie jestem w stanie Wam jednoznacznie ani polecić ani odradzić kosmetyków tej marki, dlatego ostateczną ocenę i decyzję co do ich ewentualnego testowania pozostawiam Wam.

Kosmetyki marki Comepick możecie kupić na stronie internetowej producenta.


-----------------------------------------------------------------------------------
Bardzo dziękuję producentowi marki Cosmepick za możliwość przetestowania produktu. 
Opinia jest subiektywna, a fakt otrzymania produktów nieodpłatnie nie miał na nią wpływu.

 Pozdrawiam,

wtorek, 24 maja 2016

Ulubione akcesoria kosmetyczne - makijaż

Makijaż towarzyszy mi niemal codziennie. Jedynie w weekendy, gdy nigdzie nie wychodzę, pozwalam odpocząć mojej cerze, w tygodniu nie wyobrażam sobie wyjść do pracy czy na spotkanie bez makijażu. Ale makijaż to nie tylko kosmetyki kolorowe, to również akcesoria i gadżety przydatne w jego wykonywaniu. Dzisiaj będzie krótko o tych właśnie przydatnych akcesoriach, których używam przy okazji codziennego makijażu.


Gąbka do podkładu
Makijaż zaczynam od aplikacji podkładu (na krem lub filtr przeciwsłoneczny). Gdy używam klasycznych podkładów lub azjatyckich kremów BB, aplikuję je już od długiego czasu gabkami do makijażu w formie jajka. Obecnie jest to oryginalne jajo Beauty Blender, które, co tu dużo mówić, skradło moje serce. Pomimo wysokiej ceny, stało się moim niezbędnikiem. Podkład nim zaaplikowany, nawet najcięższy i najbardziej kryjący, daje bardzo naturalny rezultat bez efektu maski, pięknie stapia się z cerą dając świetne krycie. Używam go niemal z każdym podkładem i już nie wyobrażam sobie aplikacji podkładu w inny sposób.


Nawilżane chusteczki
Przydają się, by usunąć ślad po rozgrzewanej na dłoni kredce, nadmiar cienia z pędzelka czy tuszu ze szczoteczki, a także wtedy, gdy używam kremu tonującego zamiast podkładu i chcę go szybko usunąć ze skóry dłoni. Wybieram te dobrze nawilżone, ładnie pachnące lub bezzapachowe, o dużej pojemności (tylko w podróż zabieram te o mniejszej ilości w paczce) i nie pozostawiające lepkiego czy tłustego filmu na skórze. Mam je również zawsze w torebce, a paczka jeździ ze mną stale w samochodzie. Czasami używam ich również w mniej kosmetycznych celach - bu wytrzeć kurz czy brud w domu czy samochodzie, jeśli nie mam nic innego pod ręką.

Chusteczki higieniczne
Tego chyba nie trzeba tłumaczyć. Przydają się niemal co chwila, od aplikacji ciemnych cieni, dla ochronienia policzków i okolicy pod oczami, poprzez odciskanie koloru z pomadki na chusteczce dla przedłużenia jej trwałości, aż po drobne makijażowe poprawki. Chusteczki mam ze sobą zawsze, i w łazience, i na toaletce, i w torebce.


Pędzelek do brwi
Ponieważ brwi podkreślam cieniem w kremie lub specjalną pomadą, niezbędny jest do tego pędzelek. Przez wiele lat był to niezawodny Hakuro H85, który świetnie się spisywał, jednak odszedł na zasłużoną emeryturę, a jego miejsce zajął równie świetny pędzelek AVON. Jest wystarczająco cienki, aby ładnie podkreślić linię brwi, włosie nie jest bardzo elastyczne, ale jednocześnie dość miękkie. Jestem bardzo zadowolona z tego niepozornego zakupu.


Pędzle do cieni, kreski, pudru, różu i brązera
Mój codzienny makijaż jest dość prosty, dlatego ilość pędzli jakich do niego używam jest zminimalizowana.
Codziennie używam płaskiego pędzelka języczkowego (brak na zdjęciu) do nałożenia jasnego cienia na całą powiekę (Sephora 8 large eyeshadow), ma już chyba z 15 lat i nadal jest w doskonałej formie. Następnie pędzelka do blendowania (Maestro 497, rozmiar 12) nakładając ciemniejszy cień w załamanie, oraz, w zależności od tego czym wykonuję kreskę bedącą stałym elementem mojego makijażu, pędzelka skośnego (Zoeva 317 wing liner) w przypadku cienia prasowanego lub pędzelka "łamanego" (Zoeva 315 fine liner) w przypadku cieni w kremie lub kremowego/żelowego linera.
Do pudru, czy to sypkiego czy prasowanego, używam pędzla kabuki (BarryM), miękkiego, puszystego i bardzo przyjemnego w użyciu. Do różu od długiego juz czasu używam "jajka" z Zoeva (101 luxe face definer), a gdy mam ochotę na brązer aplikuję go płaskim pędzlem AVON, a następnie rozcieram pędzlem Zoeva (125 luxe cheek finish). I to w zasadzie tyle jeśli chodzi o pędzle do codziennego makijażu.


Grzebyk do rzęs INGLOT
Na zakończenie makijażu tuszuję rzęsy, a gdy szczoteczka maskary nie radzi sobie z ich rozczesaniem, wspomagam się grzebykiem Inglot. Należy uważać na oczy, bo grzebyk ma ostre, metalowe ząbki, jednak przepięknie rozczesuje rzęsy, jest łatwy w czyszczeniu, a dzięki możliwości złożenia możemy go zabrać ze sobą wszędzie bez ryzyka połamania. Mój grzebyk ma już swoje lata, a nadal wygląda jak nowy. Polecam.


Patyczki higieniczne
To niezbędne akcesorium w mojej łazience. Zazwyczaj wybieram dwa rodzaje, klasycznie zaokrąglone oraz te z ostro zakończoną końcówką do bardziej precyzyjnych poprawek. Przydają się gdy ubrudzę powiekę tuszem do rzęs lub aby usunąć odbity liner czy cień z dolnej powieki. Są w moim domu i kosmetyczce zawsze, marka nie ma znaczenia, wybieram te, które akurat są pod ręką.


BrushEgg
Czyli "jajo" do czyszczenia pędzli. Wcześniej radziłam sobie masażerem do ciała z Rossmanna, gdy BrushEgg pojawiło się na rynku jako znacznie tańsza alternatywa drogiej rękawicy Sigma, musiałam je po prostu mieć. BrushEgg wspomaga i przyspiesza czyszczenie pędzli, jednak średnio nadaje się do dużych pędzli, do twarzy. Za to z tymi do makijażu oczu radzi sobie bez najmniejszy problemów. Łatwo je utrzymać w czystości, gdyż wykonane jest z twardej gumy, jest małe i poręczne, na pewno bardzo się przydaje.


Mydło naturalne (szare)
To wprawdzie kosmetyk, ale ja używam go do domywania pędzli czy gąbek do makijażu z kosmetyków. Jest tanie, wydajne, nie ma intensywnego zapachu, ma prosty skład i doskonale radzi sobie z doczyszczeniem zarówno pędzli jak i dość problematycznego w myciu jaja z resztek produktów kolorowych. Takie mydło zawsze leży na mydelniczce w mojej łazience i jest niezastąpione.


Stojak/drzewko do suszenia pędzli
Zanim go kupiłam, radziłam sobie układając pędzle po myciu na płasko.
Swój kupiłam za kilkanaście dolarów na chińskiej stronie, nie pamiętam jakiej. Jest porządnie wykonany z solidnego pleksi, wygląda ładnie i elegancko, nie odkształca się, nie odbarwia, dobrze trzyma umieszczone w nim pędzle i zdecydowanie ułatwia proces suszenia. Jest to tańsza alternatywa stojaka do suszenia pędzli Sigma, czy innych droższych marek. Widziałam też takie stojaki za 25-30 zł na allegro, ale nie wiem niestety jakiej są jakości. Podobne drzewka pokazały sie ostatnio w drogerii cocolita.pl za ok. 35 zł. Drzewko nie jest może niezbędne, ale bardzo ułatwia proces suszenia pędzli, umożliwiając umieszczenie ich w jak najmniej inwazyjnej dla włosia i skuwki pozycji.


Osłonki na pędzle
Również nie niezbędne, ale bardzo przydatne, zwłaszcza do dużych pędzli czy puchaczy, którym trudno po myciu zachować kształt. Dzięki tym plastikowym siateczkom, nie muszę się już tym martwić. Są higieniczne, pozwalają na swobodny przepływ powietrza podczas suszenia jednocześnie wspomagając zachowanie odpowiedniego kształtu włosia, tak ważnego zwłaszcza przy pędzlach do konturowania. Swoje kupiłam na jakiejś chińskiej stronie, przez co były tanie jak barszcz. Doskonale dopasowują się do wielkości pędzla, są elastyczne i bezpieczne dla włosia. 


Płyn do czyszczenia i dezynfekcji pędzli
Wypróbowałam już kilka różnych płynów, m.in. Inglota, który w moim odczuciu był dość marny, a nawet sama pokusiłam się o zrobienie płynu do dezynfekcji według przepisu nissiax83 (KLIK).
W końcu "szarpnęłam się" na słynny płyn MAC i... nie żałuję. Płyn szybko i sprawnie oczyszcza pędzle z kosmetyków, a pędzle po oczyszczeniu błyskawicznie schną i niemal natychmiast nadają się do ponownego użycia. Jest drogi, ale wydajny, wystarczy odrobina wylana na ręcznik papierowy lub chusteczkę higieniczną, o którą następnie delikatnie pocieramy włosie czyszczonego pędzla. Resztki kosmetyku pozostają na papierze, a pędzel jest czysty i świeży, jakby był dopiero co "wyprany".


Podróżny zestaw pędzli
Gdy wyjeżdżam na weekend czy wakacje, nie zabieram ze sobą podstawowego zestawu pędzli, których używam w domu. Są duże i zajmują sporo miejsca w kosmetyczce, którą podczas wyjazdów staram sie ograniczać do minimum.
Specjalnie na potrzeby wyjazdów kupiłam więc niewielki (9 sztuk) zestaw pędzli, w ochronnym, ekologicznym etui, marki Sunshade Minerals. Mam już zestaw tej marki, kupiony specjalnie do szkoły, na zajęcia z wizażu, i byłam z nich bardzo zadowolona, stąd ponowny wybór tej właśnie marki. Zestaw był niedrogi (na allegro dostaniecie go za niespełna 40 zł), a pędzle są na prawdę dobrej jakości, miękkie, puszyste, dobrze wykonane. Zestaw zawiera niemal wszystkie podstawowe dla mnie pędzle, dobieram do niego jedynie pędzelek do brwi (Avon) oraz do kreski (Zoeva), zawiązuję ładne, ekologiczne etui i już mogę jechać w podróż.


Tyle jeśli chodzi o moje ulubione makijażowe akcesoria. A jakie są Wasze?

Pozdrawiam,

środa, 18 maja 2016

Recenzja - Ziaja Sopot Sun, antyoksydacyjny krem z witaminą C, SPF 50+

Mam bardzo jasną karnację, z tendencją do występowania zmian barwnikowych. Fototyp II zobowiązuje do wyjątkowego dbania o skórę, zwłaszcza w okresie od wiosny do jesieni, choć i zimą nie stronię od wysokiego faktora SPF. Twarz chronię z sposób szczególny, dlatego w mojej kosmetyczce nie znajdziecie kremów ochronnych do tej części ciała o SPF mniejszym niż 50. I jak każda z nas, poszukuję kosmetyku idealnego. Czyli jakiego? Takiego, który zapewni mi właściwą ochronę, nie będzie zostawiał tłustego filmu, nie będzie bielił skóry, względnie szybko się wchłonie i będzie dobrze współpracował z codziennym makijażem, a do tego nie będzie kosztował majątku.

Markę Ziaja lubię i cenię, pomimo nie zawsze najlepszych składów, jednak jest ze mną od wielu lat i wiele jej kosmetyków znajduje miejsce w moim domu. Zachęcona niską ceną postanowiłam zakupić również krem z filtrem tejże marki. Jak się spisał?

Ziaja Sopot Sun
Antyoksydacyjny krem z witaminą C
SPF 50+ 


Skład: 
Aqua - woda, rozpuszczalnik
Diethylamino Hydroxybenzol Hexyl Benzoate - filtr UV
Ethylhexyl Methoxycinnamate - filtr UV
Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazone - filtr UV
Polymethyl Methacrylate - substancja filmotwórcza
Dimethicone - polimer siloksanowy, silikon lotny, emolient suchy, poprawia właściwości sensoryczne preparatu, daje efekt wygładzenia
C12-15 Alkyl Benzoate - substancja przeciwmikrobowa, emolient, kodycjoner
Glycerin - hydrofilowa substancja nawilżająca, humekant
Triethylhexanoin - substancja maskująca, składnik kompozycji zapachowej, kondycjoner
Ethylhexyl Triazone - filtr UV
Potassium Cetyl Phosphate - emulgator, substancja powierzchniowo czynna
Cetyl Alcohol - niejonowa substancja powierzchniowo czynna, emolient tłusty, tworzy warstwę okluzyjną, kondycjonuje, zmiękcza i wygładza skórę, emulgator W/O, modyfikator reologii
Glyceryl Stearate - emolient tłusty, tworzy warstwę okluzyjną, kondycjonuje, zmiękcza i wygładza skórę, emulgator W/O, substancja konsystencjotwórcza
PEG-100 Stearate - niejonowa substancja powierzchniowo czynna, substancja hydrofilowa
emulgator O/W, modyfikator właściwości reologicznych, solubilizator Hydrogenated Dimer Dilinoleyl/Dimethylcarbonate Copolymer - stabilizator emulsji, substancja działająco ochronnie na skórę
Lecithin - wpływa na poprawę stopnia nawilżenia skóry, emulgator W/O
Ascorbyl Palmitate - antyoksydant, wyrównuje koloryt skóry oraz rozjaśnia plamy i przebarwienia, stymuluje syntezę kolagenu i hamuje destrukcję włókien kolagenowych, wykazuje ochronny wpływ w stosunku do promieniowania UVA i UVB, zmniejsza powstały rumień, działa przeciwzapalnie
Ascorbic Acid - witamina C, antyoksydant (przeciwutleniacz), spowalnia procesy starzenia się skóry, wyrównuje koloryt skóry oraz rozjaśnia plamy i przebarwienia, stymuluje syntezę kolagenu i hamuje destrukcję włókien kolagenowych, wykazuje ochronny wpływ w stosunku do promieniowania UVA i UVB, zmniejsza powstały rumień, działa przeciwzapalnie
Panthenol - prowitamina B5, hydrofilowa substancja nawilżająca, substancja aktywna, działa przeciwzapalnie, przyspiesza procesy regeneracji naskórka, nadaje skórze uczucie gładkości
Tocopheryl Acetate - pochodna witaminy E, substancja o działaniu antyoksydacyjnym, hamuje procesy starzenia się skóry, wzmacnia barierę naskórkową, hamuje TEWL, zapobiega powstawaniu stanów zapalnych, wzmacnia ściany naczyń krwionośnych i poprawia ukrwaienie skóry
Xanthan Gum - modyfikator reologii
Carbomer - modyfikator reologii
DMDM Hydantoin - substancja konserwująca, donor formaldehydu
Methylparaben - substancja konserwująca
Ethylparaben - substancja konserwująca
Parfum - kompozycja zapachowa
Cintronellol - składnik kompozycji zapachowej
Limonene - składnik kompozycji zapachowej
Sodium Hydroxide - regulator pH
Źródło: Kosmopedia.org, CosIng 

Skład długi, sporo filtrów UV, jeden silikon. Z dobroczynnych składników witamina C, pantenol i witamina E pod koniec składu, z niedobroczynnych - dwa parabeny i donor formaldehydu w roli konserwantów.

Cena regularna: ok. 11 pln (według ceneo.pl)
Pojemność: 50 ml
Dostępność: drogerie internetowe i stacjonarne, również sieciówki, apteki

Krem znajduje się w charakterystycznej dla marki Ziaja, podłużnej i spłaszczonej buteleczce z plastiku, stojącej na zamknięciu typu 'klik'. Graficznie prosto i schludnie, podoba mi się, że kosmetyki tej marki mają iście apteczny wygląd. Krem ma dość rzadką, gładką i tłustą konsystencję o jasno cytrynowym odcieniu, może uciekać z buteleczki. Pachnie bardzo delikatnie, kremowo, przyjemnie. Wydajność oceniam jako dobrą.


Obietnice producenta a rzeczywistość...
Krem z bardzo wysokim współczynnikiem ochrony przeciwsłonecznej do każdego typu skóry. Zawiera fotostabilny układ filtrów nowej generacji o szerokim spektrum pochłaniania promieni UV oraz aktywne witaminy C, E, B5.
Zapobiega podrażnieniom skóry podczas ekspozycji na słońcu. Chroni naskórkowe zmiany barwnikowe - znamiona i pieprzyki. Zabezpiecza skórę przed powstawaniem przebarwień. Nautralizuje wolne rodniki odpowiedzialne za fotostarzenie.

Krem gładko rozprowadza się po skórze, jeśli damy go za dużo, będzie się dość mocno rozmazywał zanim wchłonie się w skórę. Nie bieli skóry, jednak zostawia na niej mocno tłusty film, który jest wyczuwalny nawet pod makijażem. Na szczęście nie ma to wpływu na jego trwałość, nie wchodzi też w żadną reakcję z kosmetykami kolorowymi, nie powoduje ich ważenia czy innych niepożądanych efektów. Jak już wspomniałam, krem ma bardzo przyjemny zapach, który najbardziej wyczuwalny jest podczas i po aplikacji. Pachnie kremowo, mnie przywodzi na myśl wakacyjną plażę na Helu, gdzie jeździłam jako dziecko. Jeśli chodzi o ochronę przeciwsłoneczną, moim zdaniem radzi sobie dobrze. Skóra nawet po bezpośrednim wystawieniu na słońce nie opaliła się, co oznacza, że krem spełnia swoje podstawowe zadanie.


Choć krem zapewnia ochronę przed słońcem, zapobiega nadmiernej opaleniźnie i poparzeniu skóry, a więc chroni także znamiona barwnikowe, pozostawia na skórze tłusty film, który nie znika nawet pod makijażem. Nie jest to może wyczuwalna w dotyku warstwa jak w przypadku kremu koloryzującego z SPF tego samego producenta, ale na skórze wyraźnie ją czuć, co może przeszkadzać. I to główny powód dla którego nie powrócę do tego kremu, zwłaszcza, że znalazłam już inny krem, który mając wszystkie zalety Ziai nie posiada jej wad.
Mogę go polecić na plażę, gdzie makijaż jest zbędny, a tłusta warstwa niekoniecznie nam przeszkadza, bo ładnie się wchłania, nie bieli skóry i dobrze chroni, a do tego jest niedrogi. Dodatkowym minusem może być także skład.

Czy kupię ponownie? 
NIE
Ocena ogólna:

Pozdrawiam,