niedziela, 21 sierpnia 2016

Filmowa niedziela - życie parówki, uroki rodzicielstwa i randka w tropikach


Jestem wielką fanką filmów i kina. Przede wszystkim oglądam wysokobudżetowe kino amerykańskie, bo to najbardziej mi odpowiada, rzadziej europejskie, zupełnie nie przemawia do mnie kino azjatyckie (poza horrorami) i bollywood.
Ta seria postów poświęcona będzie krótkim recenzjom filmowym, bo dzięki karcie Unlimited w Cinema City chadzamy teraz na każdy film jaki tylko wart jest obejrzenia.

Susage Party
Animowana komedia. Historia Franka, parówki, która odkrywa prawdę o sobie - o tym, kim jest i jaka jest jej rola. Po upadku z koszyka na zakupy, tytułowa parówka wraz z innymi przyjaciółmi z supermarketu odbywa wielką podroż przez sklep, podroż, która pozwala im odkryć prawdę o sobie. Za pomysł i scenariusz odpowiedzialny jest Seth Rogen, możemy więc spodziewać się kontrowersyjnego humoru i znakomitych tekstów. Głosu bohaterom filmu użyczają wielkie gwiazdy Hollywood: w tytułowej roli usłyszymy Setha Rogena, w pozostałych rolach: Jamesa Franco, Kristen Wiig, Salme Hayek i Michaela Cere. [źródło: cinema-city.pl]


Kinowa wersja trailera była subtelniejsza.
W dużym skrócie, film opowiada o życiu produktów w supermarkecie. Produkty przekonane są, że zostają wybrane przez Bogów i trafiają do ziemi obiecanej, gdzie żyją szczęśliwie do końca swoich dni. Pewnego dnia jednak dowiadują się, że Bogowie wcale nie wybierają ich, aby wiedli wspaniałe życie, ale po to, by w brutalny sposób ich zjeść...

Wielki plus za pozostawienie filmu w oryginalnej wersji językowej z napisami. Z pewnością oryginalne głosy aktorów specjalnie wyselekcjonowanych i wybranych dla podkreślenia charakteru poszczególnych postaci dodają filmowi realizmu. Zabawne jest również przedstawienie postaci, bardzo schematyczne, powiedziałabym nawet, że stereotypowe. Ale w przypadku produktów spożywczych kompletnie to nie przeszkadza. Historia jest dynamiczna, dobrze pokazana i narysowana, a wiele sytuacji "z życia wziętych".

Idea filmu szalenie zabawna i trailer bardzo mi się spodobał. Był sprośny i lekko wulgarny. Jednak o ile w 2-minutowym trailerze wulgarność była do przyjęcia, w półtoragodzinnym filmie robi się niesmaczna i przesadzona. Lubię lekko sprośne, zabawne filmy, w których teksty są naturalne, a więc nie pozbawione wulgaryzmów, ten film jednak zniesmaczył mnie i po wyjściu z kina miałam bardzo mieszane uczucia.
Gdyby wulgarności było trochę mniej, film miałby zdecydowanie więcej smaku i bardziej by mi się podobał. Wystarczyłoby mu dodać szczyptę wyrafinowania.
Młodzież zgromadzona na sali nie miała jednak zastrzeżeń.
Moim zdaniem film zdecydowanie dla starszej młodzieży (powyżej 16 roku życia) i mężczyzn, którym ostry, wulgarny i sprośny dowcip kompletnie nie przeszkadza.

Złe mamuśki
Opowieść o przykładnych matkach, które postanawiają zerwać się ze smyczy. Młoda i piękna matka cudownego synka, żona wspaniałego męża, po prostu perfekcyjna pani domu. To oficjalny wizerunek Amy Mitchell. W rzeczywistości przepracowana i wykończona monotonia matczynych obowiązków Amy ma już dość bycia chodzącym ideałem. Pod wpływem wyzwolonych przyjaciółek, wkurzona przez leniwego męża egoistę porzuca gary i pieluchy, a kuchenny fartuch zamienia na seksowną kieckę. I rusza w miasto, by znów poczuć, że żyje! Zakręcone na lokówkę obłudne kury domowe ze szkolnej rady rodziców gotuja się z oburzenia, ale Amy nic już nie powstrzyma. Z dziką rozkoszą sieje ferment i zgorszenie odkrywając przy tym, że szczęśliwa mama to lepsza mama. Macierzyństwo to nie więzienie o zaostrzonym rygorze. 


Opis nie jest do końca trafiony. Owszem, film opowiada o znudzonej codziennymi obowiązkami matce dwójki dzieci, która przytłoczona mężem nierobem, który równie dobrze mógłby być jej trzecim dzieckiem, pracą na pełen etat, pomocą w odrabianiu prac domowych a do tego drugą pracą na pełen etat we własnym domu postanawia się zbuntować i zacząć żyć.
W towarzystwie dwóch koleżanek, również niepokornych mamusiek, zmienia swoje życie i nastawienie o 180 stopni chcąc udownodnić, że bycie czasami złą matką jest naturalne, a każdej mamie należy się odrobina odpoczynku i rozrywki.

Film jest świetnie zagrany, zabawny i jakże bliski sercu pomimo, że sama jeszcze mamą nie jestem.
Mila Kunis doskonale poradziła sobie z rolą, w filmie zobaczymy również takie nazwiska jak Christina Applegate (niezapomniana Kelly Bundy) czy Jada Pinkett Smith.
Polecam, jako świetną rozrywkę w towarzystwie przyjaciółek. A dzieci zostawcie w domu z mężami ;)

Randka na weselu
Mike i Dave, dwaj dorośli bracia, słyną ze szczeniackich wygłupów, które psują każdą rodzinną uroczystość. Gdy zostają zaproszeni na wesele swojej siostry na Hawajach, rodzice stawiają im warunek: muszą pojawić się w towarzystwie dziewczyn, które w razie potrzeby bedą mieć na nich oko. Bracia umieszczają w internecie ogłoszenie, szukając idealnych partnerek. Nie przypuszczają nawet, że dwie dziewczyny, które poznają, okażą się jeszcze bardziej szalone i nieprzewidywalne niż oni sami, a sytuacja szybko wymknie sie spod kontroli. W rolach glównych: Zac Efron (”Sasiedzi”, ”Sylwester w Nowym Jorku”) , nominowana do Oscara Anna Kendrick (”W chmurach”, ”Tajemnice lasu”), Adam Devine (”Praktykant”, serial TV ”Współczesna rodzina”) i Aubrey Plaza (”Co ty wiesz o swoim dziadku?”). [źródło: cinema-city.pl].


Kolejna bardzo fajna, rozrywkowa komedia. Obawiałam sie filmu w stylu "American Pie", na szczęście reżyser miał sporo taktu i zrobił zabawny film o lekko wulgarnym zabarwieniu, który jednak nie pozostawia niesmaku.
Dwóch braci zostaje zaproszonych na Hawaje na ślub siostry. A że niestety nie są aniołami, zostają poproszeni by na wesele przyszli z partnerkami. W ich głowie rodzi się pomysł, aby partnerek na wesele poszukać... on-line. Jednak okazuje się, że znalezienie odpowiednich dziewczyn nie tylko nie jest proste, ale graniczy wręcz z cudem. Gdy w końcu wydaje się, że zadanie zostało wykonane prawidłowo... ich kłopoty dopiero się zaczynają.

Film pełen jest sprośnego humoru w dobrym stylu, przypomina komedie sprzed lat, śmieszne, ale nie przekraczające pewnych granic. Zaskakująco dobrze zagrana rola Zaca Efrona, który do tej pory kojarzony był jedynie z ckliwymi filmami dla nastolatek. Idealna rozrywka na udaną randkę w kinie.
Polecam.

Pozdrawiam,

środa, 17 sierpnia 2016

Recenzja - Molpharma, Konopne mazidło regenerujące

Choć nie jestem typem sportowca, w moim domu zawsze znajdziecie kilka produktów, m.in. preparat na bolące mięśnie i delikatne urazy po ćwiczeniach. Na Blogerskim Dniu Kobiet każda z nas mogła sobie wybrać jedno z trzech rodzajów Mazidła Konopnego, mnie trafiła się wersja regenerująca. Jak produkt się u nas spisał? Zapraszam na recenzję.

Molpharma
Konopne Mazidło Regenerujące


Skład: 
Aqua - woda, rozpuszczalnik
Cannabis Sativa Seed Oil - rafinowany olej z konopii siewnych, emolient tłusty
Alcohol denat. - alkohol, rozpuszczalnik
Propylene Glycol - hydrofilowa substancja nawilżająca, humekant
Glycerin - hydrofilowa substancja nawilżająca, humekant
Copernicia Cerifera Cera - wosk karnauba, emolient tłusty, składnik konsystencjotwórczy, lepiszcze
Cetearyl Alcohol - niejonowa substancja powierzchniowo czynna, emolient tłusty, substancja konsystencjotwórcza, wpływa na lepkość, poprawia właściwości aplikacyjne
Glyceryl Stearate - emolient tłusty, emulgator W/O, substancja konsystencjotwórcza, wpływa na lepkość, poprawia właściwości aplikacyjne
Petrolatum - wazelina, emolient tłusty, niekomedogenny, substancja konsystencjotwórcza, wpływa na lepkość, poprawia właściwości aplikacyjne
Cetearyl Glucoside - niejonowa substancja powierzchniowo czynna, emulgator O/W, modyfikator reologii
Phenoxyethanol - substancja konserwująca
Ethylhexylglycerin - kondycjoner
PEG-40 Hydrogenated Castor Oil - niejonowa substancja powierzchniowo czynna, emulgator O/W
Camphor - substancja maskująca, składnik kompozycji zapachowej
Methyl Salicylate - składnik kompozycji zapachowej, substancja wygładzająca
Turpentine - składnik kompozycji zapachowej
Xanthan Gum - zagęstnik
Menthol - składnik kompozycji zapachowej
Carbomer - modyfikator reologii
Tocopherol - witamina E, substancja o działaniu antyoksydacyjnym
D-Limonene - składnik kompozycji zapachowej 
Źródło: Kosmopedia.org, CosIng  

Cena regularna: ok. 22 zł - 35 zł
Pojemność: 100- 200 ml
Dostępność: apteki internetowe


Preparat zapakowany jest w tanie, plastikowe opakowanie na zakrętkę. Przed pierwszym otwarciem zabezpieczono je holograficzną plombą, a w pudełku znajduje się dodatkowe zabezpieczenie w postaci przykrywki zapobiegające wylaniu się produktu. Etykieta, w zależności od rodzaju, ma inny kolor, moja wersja jest zielona, prosty projekt z rysunkiem liścia konopii. Mazidło ma dość intensywny zapach mentolu zmieszanego z kamforą, dla mnie przyjemny, ale ja lubię takie aromaty. Konsystencja jest dość lekka, rzadka, po rozsmarowaniu produkt pozostawia na skórze delikatny film. Wydajność oceniam jako wysoką.


Obietnice producenta a rzeczywistość...
Preparat wykonany z naturalnych surowców w oparciu o długoletnie doświadczenie farmaceutów zdobyte w recepturze aptecznej. Zawarty olej konopny nawilża, regeneruje oraz zabezpiecza uszkodzoną skórę. Przynosi ukojenie, łągodzi świąd i podrażnienia oraz zmniejsza napięcie skóry. Zawiera substancje biologicznie czynne. Jest jednym z najbogatszych źródeł nienasyconych kwasów tłuszczowych będących budulcem błon komórkowych.
Mazidło konopne regenerujące tworzy na skórze kompleks pielęgnacyjny. Regeneruje skórę zapewniając długotrwałe działanie. Preparat szczególnie polecany osobom z problemami skórnymi, a także do masażu i nawilżenia całego ciała.

Skład trochę rozczarowuje. Wprawdzie na drugim miejscu mamy olej z tytułowych konopii siewnych, jednak już na trzecim miejscu widzimy alkohol. Jestem wielką sceptyczką tego składnika w produktach pielęgnacyjnych.
W opisie producenta mamy wszystko i nic zarazem. Nie jest dokładnie napisane, co produkt powinien robić z naszą skórą, wszelkie informacje podane są bardzo ogólnikowo, bez wnikania w szczegóły. Nie lubię, gdy nie wiem, do czego tak na prawdę produkt może służyć, a w tym wypadku niestety tak jest.
Mazidła używałam więc jak innych aptecznych produktów tego typu, mianowicie na zmęczone i bolące mięśnie, głównie po wysiłku fizycznym, a także na bolące mięśnie podczas bolesnych ich skurczów, sztywności stawów i przeziębienia. Mazidło przyjemnie rozluźniało napięte mięśnie, a zapach potęgował wrażenie rozluźnienia i relaksu. Nie zaryzykowałabym, przez obecność mentholu i alkoholu, użycia produktu na podrażnioną skórę, o skórze problematycznej już nie wspomnę, choć to określenie jest tak szerokie, że w sumie trudno wywnioskować jakie problemy skórne na myśli miał producent.
Produkt przyjemnie się aplikuje, ma lekką, dobrze wchłaniającą się konsystencję, choć trzeba uważać z ilością. Gdy damy go za dużo, czas rozsmarowania na skórze i wchłaniania preparatu znacząco się wydłuża. Po wchłonięciu pozostawia na skórze delikatny, aksamitny film i przyjemny, miętowy zapach, który dość długo się utrzymuje. Produkt jest wydajny, a skóra po jego użyciu przyjemnie gładka i aksamitna w dotyku.
Trudno mi ocenić jego właściwości regenerujące, bo nie stosowałam go w tym celu, wiem, że produkt nie podrażnił mojej skóry, nie spowodował uczulenia, pokrzywki czy jakichkolwiek innych nieprzyjemności.


Mazidło konopne sprawdziło się całkiem nieźle, rozluźniało mięśnie i przyspieszało ich regenerację. Ma przyjemny, miętowy zapach, który jednak nie każdemu może pasować. Opakowanie jest dość średnie, lepsze byłoby opakowanie z pompką typu airless, bo konsystencja jest dość lekka i rzadka. Trudno mi jednak wystawić jednoznaczną ocenę na temat tego produktu, bo producent nie podaje żadnych konkretów, co mazidło powinno nam dawać. Nie jest to produkt zły, i przyda się zapewne w każdym domu, choć można znaleźć inne, równie dobrze sprawdzające się w tej roli i przeznaczone do tego celu produkty. Decyzję pozostawiam więc Wam.

Czy kupię ponownie? 
NIE WIEM

Ocena ogólna:
-----------------------------------------------------------------------------------
Bardzo dziękuję producentowi marki Molpharma za możliwość przetestowania produktu. 
Opinia jest subiektywna, a fakt otrzymania produktu nieodpłatnie nie miał na nią wpływu.
 
Pozdrawiam,

czwartek, 11 sierpnia 2016

Recenzja - GorVita, Alantoin maść

Moja wrażliwa skóra podatna jest na podrażnienia, a przy dwóch kotach, w tym jednym wcieleniu diabła tasmańskiego z kreskówek Warner Bros. nietrudno o zadrapania i uszkodzenia. Dlatego też w moim domu zawsze znajdzie się maść ochronna z witaminą A, obecnie też doskonale sprawdza się krem Kailas (KLIK).

Produkt o którym napiszę dzisiaj miał mieć podobne działanie jak dwa wymienione powyżej, ale czy rzeczywiście się sprawdził?

GorVita
Allantoin maść 



Skład: 
Aqua - woda, rozpuszczalnik
Glycerin - gliceryna, hidrofilowa substancja nawilżająca skórę, humekant
Glyceryl Stearate SE - emolient tłusty, emulgator
Caprylic/Capric Trigliceride - emolient tłusty, modyfikator reologii
Cetyl Alcohol - emolient tłusty, emulgator
Cetyl Ricinoleate - niejonowa substancja powierzchniowo czynna, emolient tłusty, emulgator, modyfikator reologii, wpływa na właściwości aplikacyjne
Allantoin - substancja aktywna, działa przeciwzapalnie, łagodzi podrażnienia, wspomaga procesy regeneracji i odbudowy naskórka, stymuluje proces gojenia się ran, działa silnie nawilżająco, przez co wywołuje uczucie gładkości na skórze
Panthenol - prekursor witaminy B5 (kwasu pantotenowego), prowitamina B5, hydrofilowa substancja nawilżająca, substancja aktywna o działaniu przeciwzapalnym, przyspiesza procesy regeneracji naskórka
Polysorbate 20 - niejonowa substancja powierzchniowo czynna, emulgator, solubilizator
PEG-20 Glyceryl Laurate - substancja powierzchniowo czynna, emulgator
Tocopherol - witamina E, substancja o działaniu antyoksydacyjnym, hamuje procesy starzenia się skóry wywoływane np. promieniowaniem UV lub dymem papierosowym, wykazuje zdolność wbudowywania się w struktury lipidowe błon komórkowych i cementu międzykomórkowego warstwy rogowej, dzięki czemu wzmacnia barierę naskórkową, hamuje TEWL, wpływa na poprawę nawilżenia skóry, zapobiega powstawaniu stanów zapalnych, wzmacnia ściany naczyń krwionośnych i poprawia ukrwienie skóry
Linoleic Acid - emolient, kodycjoner, susbtancja powierzchniowo czynna
Retinyl Palmitate - kondycjoner
DMDM Hydantoin- substancja konserwująca, donor formaldehydu 
Źródło: Kosmopedia.org, CosIng 

Już skład powoduje, że zapala mi się czerwona lampka w głowie. Produkt jest stworzony na bazie wody i gliceryny, owszem, ma w swoim składzie alantoinę, pantenol, witaminę E czy A, ale ma również PEG, a na końcu pochodną formaldehydu, która w produkcie mającym za zadanie łagodzić podrażnienia absolutnie nie powinna się znaleźć.

Cena regularna: nieznana
Pojemność: 50 ml
Dostępność: niestety produktu tego nie znalazłam w sieci, nie mam pojęcia czy jest on w ogóle dostępny

Produkt znajduje się w plastikowej tubce koloru białego, stojącej na zamknięciu typu 'klik'. Graficznie prosto i czysto, bardzo aptecznie. Krem ma konsystencję maści, dość tłustą i gęstą po wyciśnięciu z opakowania, jednak dobrze się rozprowadzającą na skórze. Ma bardzo subtelny, ledwie wyczuwalny, ale przyjemny kremowy zapach i biały kolor. Wydajność oceniam na bardzo wysoką.


Obietnice producenta a rzeczywistość...
Działanie maści jest związane z właściwościami alantoiny, pantenolu oraz kompleksu witaminowego A, E i F. Skojarzone działanie składników przyspiesza proces odnowy naskórka podrażnionego różnymi czynnikami zewnętrznymi, m.in. mikrouszkodzeniami mechanicznymi. Łagodzi skutki odpieluszkowego odparzenia skóry u niemowląt oraz okolic zewnętrznych błon śluzowych nosa. Reguluje gospodarkę hydro-lipidową przywracając skórze elastyczność i odpowiednie nawilżenie dla skóry podrażnionej i mocno wysuszonej. Poprawia elastyczność nadmiernie zrogowaciałej skóry stóp i rąk. Polecana do pielęgnacji skóry atopowej ze skłonnością do nadwrażliwości. Maść dobrze się wchłania i nie pozostawia na skórze tłustej warstwy.

Jak już wspomniałam, pomimo gęstej konsystencji w opakowaniu, na skórze krem staje się przyjemnie gładki. Dobrze się rozprowadza, choć trzeba uważać z ilością bo lubi się rozmazywać, nieźle wchłania pozostawiając delikatny, satynowy film ochronny. Maść rzeczywiście może się sprawdzić w pielęgnacji grubej i zrogowaciałej skóry stóp czy przy problemach ze skórą dłoni. Jednak kompletnie nie polecam jej na skórę podrażnioną. Próbowałam ją tak właśnie stosować, niestety spowodowała silne pieczenie i rozgrzanie skóry połączone z uczuciem dyskomfortu.
Produkt przeznaczony jest dla skóry podrażnionej, odparzonej, mocno wysuszonej, atopowej i skłonnej do nadwrażliwości, a także dla dzieci i niemowląt, w przypadku odpieluszkowego odparzenia skóry czy na zewnętrzne błony śluzowe nosa. Ja nie mam problemów z dużą wrażliwością skóry na ciele, a jednak maść powodowała u mnie silne pieczenie i bardzo nieprzyjemne odczucia, z całą pewnością nie użyłabym jej na delikatnej skórze dziecka czy niemowlaka. Radzę uważać podczas używania, bo możecie bardziej podrażnić skórę, niż przed jego użyciem.


Maść niestety zupełnie się u mnie nie sprawdziła. Zapowiadała się całkiem przyzwoicie i liczyłam na dobre działanie łagodzące, niestety, bardzo się rozczarowałam. Lubię produkty tego producenta, tym większe było więc moje rozczarowanie. Pieczenie i zaczerwienienie skóry, kompletny brak łagodzenia istniejącego już podrażnienia oraz marny skład to moje podstawowe zarzuty. Plusy to wydajność i cena, ale przy takim działaniu jakaż to pociecha?

Czy kupię ponownie? 
NIE

Ocena ogólna:


Pozdrawiam,

sobota, 6 sierpnia 2016

Recenzja - Pharma Nord, Bio-Selen + Cynk

Preparat o którym chcę napisać dzisiaj trafił do mnie podczas marcowego blogerskiego dnia kobiet w Katowicach. Jako, że miałam już okazję współpracować z tą marką, z przyjemnością przyjęłam opakowanie kolejnego suplementu tej firmy, mianowicie

Pharma Nord
Bio-Selen + Cynk


"Selen, cynk, a także witamina C, B6 i A przyczyniają się do prawidłowego funkcjonowania układu odpornościowego. Witamina E przyczynia się do ochrony komórek przed stresem oksydacyjnym. Selen przyczynia się do prawidłowego funkcjonowania tarczycy" - czytamy na opakowaniu.
"Jedyny preparat zawierający opatentowany selen organiczny SelenoPrecise(R), z doskonałą wysoką biodostępnością" (absorpcja na poziomie 88,7%, jak zapewnia producent).

"Bio-Selen + Cynk jest idealnym kompleksem przeciwutleniaczy, ponieważ zawiera nie tylko czysty, organiczny selen i cynk, ale również witaminy C i E, których właściwości przyczyniają się do ochrony naszych komórek przed stresem oksydacyjnym. Bio-Selen + Cynk może być używany jako alternatywa dla multiwitamin i preparatów z beta-karotenem, składnikiem odżywczym którego powinni unikać palacze".

Niewielkie brązowe tabletki zapakowane są w blistry po 30 sztuk, a następnie w typowy dla marki, biały kartonik z charakterystycznym okienkiem w kształcie moździerza. Opakowanie wygląda elegancko i bardzo profesjonalnie, zawiera 60 tabletek, a więc stosowane według zaleceń producenta, wystarcza na dwumiesięczną kurację.


Choć samo połykanie tabletek nie sprawia problemu, bo są niewielkie, pozostawiają jednak nieprzyjemny czosnkowy posmak na języku, co nie każdemu może pasować. Mnie na przykład ten posmak szalenie denerwował. Ponadto tabletki mają nieprzyjemny zapach.

Skład preparatu prezentuje się następująco:
Cynk (glukonian cynku), Witamina C (kwas L-askorbinowy), Selen (drożdże wzbogacone w selen), substancja wypełniająca (celuloza mikrokrystaliczna), witamina E (octan DL-alfa-tokoferylu; bursztynian D-alfa-tokoferylu), witamina A (octan retinylu), substancja glazurująca (hydroksypropylometyloceluloza), substancja wiążąca (dwutlenek krzemu), substancja glazurująca (talk), witamina B6 (chlorowodorek pirydoksyny), substancja glazurująca (zeina), substancja przeciwzbrylająca (sole magnezowe kwasów tłuszczowych), barwniki (tlenki żelaza, dwutlenek tytanu).




Preparat ma za zadanie wspomagać naszą odporność, ponadto ma korzystnie wpływać na stan naszej skóry i wzroku, a nawet poprawiać żywotność plemników.
Choć tabletki przyjmowałam równe dwa miesiące, kupiłam nawet dodatkowe opakowanie, aby kontynuować kurację, niestety nie zauważyłam żadnego wpływu na mój organizm, ani korzystnego, ani, na szczęście, niekorzystnego. Choć moja odporność powinna się pod wpływem tabletek poprawić, niestety tak się nie stało i po raz pierwszy od długiego czasu złapałam przeziębienie. Opakowanie zużyłam do końca, niestety na mnie preparat nie podziałał powracam więc do skutecznego w moim przypadku czystka.


Niestety nie wrócę już do tego preparatu, zwłaszcza, że dwumiesięczna kuracja to koszt niemal 80 zł.

 Pozdrawiam,

wtorek, 26 lipca 2016

Recenzja - AA Etnic Nature, krem do rąk - olejek arganowy

Na moim biurku w pracy, zawsze znajdziecie kartę microSD do aparatu, kubek herbaty lub kawy, notes z długopisem, mazidło do ust i krem do rąk. I dzisiaj będzie właśnie o tym ostatnim.
Po kremie do rąk, który stoi na moim biurku, oczekuję dobrego nawilżania, szybkiego wchłaniania i braku tłustego/lepkiego filmu. Krem o którym będzie dzisiaj kupiłam w zastępstwie dla bubla z Cztery Pory Roku (KLIK). Czy sprawdził się lepiej? Zapraszam na recenzję.

AA Etnic Nature
Krem do rąk
Olejek arganowy
Skóra sucha i normalna


Skład:
Aqua - woda, rozpuszczalnik
Ethylhexyl Stearate - emolient tłusty, poprawia właściwości aplikacyjne
Butyrospermum Parkii Butter - masło shea, emolient tłusty, kondycjoner
Cetearyl Alcohol - niejonowa substancja powierzchniowo czynna, emolient tłusty, substancja konsysnencjotwórcza, poprawia właściwości aplikacyjne
Cetyl Ricinoleate - emolient, kondycjoner
Palmitic Acid - emolient tłusty, emulgator W/O
Glyceryl Stearate - emolient tłusty, emulgator W/O, substancja konsystencjotwórcza
PEG-100 Stearate - niejonowa substancja powierzchniowo czynna, emulgator W/O, modyfikator właściwości reologicznych, solubilizator
Coco-Caprylate/Caprate - emolient tłusty, poprawia właściwości aplikacyjne
Dimethicone - silikon lotny, emolient suchy, poprawia właściwości sensoryczne, daje efekt wygładzenia
Betaine - pochodna glicyny, związek hydrofilowy o działaniu silnie nawilżającym, humekant
Argania Spinosa Kernel Oil - olej arganowy, emolient, kondycjoner
Urea - mocznik, hydrofilowa substancja silnie nawilżająca o działaniu keratoplastycznym, humekant
Maltose - substancja maskująca, nawilżająca, kondycjoner
Sodium Hyaluronate - substancja hydrofilowa, humekant
Sclerocarya Birrea Seed Oil - olej marula, kondycjoner, humekant
Persea Gratissima Oil - olej z awokado, emolient tłusty, kondycjoner
Tocopheryl Acetate - witamina E w formie estru, substancja o działaniu antyoksydacyjnym, wzmacnia barierę naskorkową,  hamuje TEWL dzięki czemu wpływa na poprawę nawilżenia skóry, zapobiega powstawaniu stanów zapalnych, wzmacnia ściany naczyń krwionośnych i poprawia ukrwienie skóry
Panthenol - Prekursor witaminy B5, hydrofilowa substancja nawilżająca, substancja aktywna o działaniu przeciwzapalnym, przyspiesza procesy regeneracji naskórka, nadaje skórze uczucie gładkości, humekant
Allantoin - substancja aktywna, działa przeciwzapalnie, łagodzi podrażnienia, wspomaga procesy regeneracji i odbudowy naskórka, stymuluje proces gojenia się ran, działa silnie nawilżająco, przez co wywołuje uczucie gładkości na skórze.
Glycerin - hydrofilowa substancja nawilżająca skórę, humekant
Sodium Lactate - hydrofilowa substancja nawilżająca, mająca zdolność przenikania przez warstwę rogową naskórka, działa keratoplastycznie
Citric Acid - substancja o działaniu keratolitycznym, sekwestrant, regulator pH
Fructose - humekant
Hydroxyacetophenone - antyoksydant
Paraffinum Liquidum - emolient tłusty, emulgator
Sodium Hydroxide - regulator pH
Pentylene Glycol - substancja nawilżająca, humekant, rozpuszczalnik dla substancji hydrofilowych
Sodium PCA - substancja filmotwórcza, hydrofilowa, rozpuszczalna w wodzie, ogranicza TEWL, dzięki czemu nawilża, a także zmiękcza i wygładza skórę, humekant
Trehalose - humekant, substancja nawilżająca
Glucose - humekant
Phenoxyethanol - substancja konserwująca
Ethylhexylglycerin - kondycjoner
Dicaprylyl Carbonate - emolient, kondycjoner
Trideceth-6 - Niejonowa substancja powierzchniowo czynna, emulgator O/W, modyfikator właściwości reologicznych
Sodium Polyacrylate - substancja higroskopijna, filmotwórcza, lepiszcze
Polyglyceryl-3 Caprate - emulgator
Sodium Chloride - modyfikator reologii
Parfum - kompozycja zapachowa
Źródło: Kosmopedia.org, CosIng

Skład niestety długi, ale i nie najgorszy. Wysoko masło shea, ponadto olej arganowy, mocznik, kwas hialuronowy, olej marula, olej z awokado, witamina E, pantenol, alantoina. Pod koniec składu znajdziemy parafinę, a na samym końcu kompozycje zapachową. Krem wolny jest od parabenów czy donorów formaldehydu, ma za to wiele emolientów i humekantów.

Cena regularna: ok. 8 pln
Pojemność: 75 ml
Dostępność: niestety kremu nie znajduję on-line, obawiam się, że mogła to być seria limitowana stworzona specjalnie dla Biedronki, gdzie kosztował grosze.

Krem otrzymujemy w tubie z matową etykietą, wykonanej z miękkiego plastiku, z zamknięciem typu 'klik'. Pod światło widać ile produktu zostało w środku. Etykieta w stylu etnicznym, elegancka i prosta. Krem ma przyjemną, gładką konsystencję, średnio treściwą, i dość przyjemnie pachnie, choć trudno mi określić ten zapach. Wydajność oceniam na powyżej przeciętnej.


Obietnice producenta a rzeczywistość...
Seria AA Etnic Nature wykorzystuje niezwykłe właściwości cenionych od pokoleń olejków naturalnych, by dostarczyć skórze tego, co najcenniejsze i zadbać o jej piękny, zdrowy wygląd. Aksamitny krem do rąk intensywnie nawilża i odżywia skórę, otulając dłonie niezwykłym, zmysłowym zapachem. Krem dobrze się wchłania nie pozowtawiając uczucia lepkości, przynosi uczucie komfortu skórze suchej i normalnej.
Cenny marokański olejek arganowy odżywia i poprawia elastyczność skóry dłoni oraz reguluje poziom nawilżenia.
Olejek marula, bogaty w naturalne antyoksydanty, witaminy C i E, polifenole oraz kwasy omega-9, stymuluje odnowę komórkową.
Kompleks nawilżający, wiążac cząsteczki wody w naskórku, zapewnia uczucie długotrwałego nawilżenia.
D-panthenol i betaina wspomagają regenrację naskórka i łagodzą podrażnienia.


Krem dobrze się aplikuje i rozprowadza na skórze dłoni. Dość szybko się wchłania, choć nie ekspresowo, nie pozostawiając na skórze tłustej czy lepkiej warstwy, a jedynie delikatnie satynowy film. Skóra dłoni jest po nim wyraźnie nawilżona, odżywiona, elastyczna i gładka jak aksamit. Bardzo przyjemnie pachnie, a zapach utrzymuje się na skórze przez jakiś czas. Uczucie nawilżenia odczuwalne jest nawet po myciu rąk. Krem jest wydajny, wystarczy go niewielka ilość, aby dobrze nawilżyć skórę dłoni.

Krem jest bardzo przyjemną, nawilżającą odmianą po ostatnim kremowym bublu. Doskonale spełnia swoje zadanie, szybkie wchłanianie sprawia, że spokojnie można go używać w pracy, zapach jest przyjemny, ale delikatny a efekt nawilżenia wyraźnie widoczny. Do tego dobry skład i niska cena, czego można chcieć więcej? Mam nadzieję, że krem będzie dostępny w stałej ofercie, bo jest to na prawdę dobry produkt.

Czy kupię ponownie? 
MOŻE

Ocena ogólna:
 Pozdrawiam,

środa, 20 lipca 2016

Moja wyjazdowa kosmetyczka

Lato już prawie w połowie, a więc sezon wyjazdowy w pełni. Każda z nas stara się na wyjazdy wziąć wszystko, co absolutnie niezbędne, jednocześnie nie zajmując zbyt wiele miejsca. Zazwyczaj jeżdżę wszędzie samochodem, więc nie muszę się specjalnie ograniczać co do ilości zabieranych rzeczy, jednak i tak na wyjazdy zabieram tylko i wyłącznie to, co absolutnie niezbędne.

Dzisiaj chciałabym Wam pokazać jak pakuję moje kosmetyki i co zabieram ze sobą na wyjazdy. Sama uwielbiam takie posty, mam więc nadzieję, że i Wam przypadnie do gustu.


Kosmetyki pielęgnacyjne od lat wożę w kuferku marki Avon. Kuferek ma już swoje lata, ale nadal jest w świetnym stanie i dosonale spełnia swoje zadanie. I choć czasem kusi zakup czegoś nowego, to jednak zwycięża rozsądek i zostaję przy starym, wysłużonym, granatowym kuferku.

A w kuferku...


W ramach zarówno balsamu do ciała jak i kremu do rąk, balsam piwny z Praskiej Manufaktury. Balsam dostałam na spotkaniu blogerskim, ma przyjemny, wbrew pozorom nie piwny zapach, nieźle nawilża, szybko się wchłania i jest w niewielkim opakowaniu.
Avon, Planet Spa jako żel pod prysznic - wspaniały, czekoladowy zapach, bogata piana i dobre działanie, nie wysuszające skóry. Butelka jest niewielka, a produkt szalenie wydajny. Latem zamieniam go na cudownie pachnący żel Balea do stosowania po kąpielach słonecznych (KLIK).
Balea, szampon do włosów o zapachu zielonego jabłuszka - dobrze myje włosy, świetnie się pieni, nie plącze ich, nie wysusza i nie wymaga użycia odżywki po myciu. Do tego cudownie pachnie zielonym jabłuszkiem. Uwielbiam.


Nicole, woda perfumowana - niewielka buteleczka i bardzo przyjemny zapach, niestety nie pamiętam numeru :(
Garnier Neo, antyperspirant w kremie - moje odkrycie tego roku. Wcześniej używałam zawsze kulek Nivea, bo uwielbiałam ich działanie i zapachy. Od czasu jak poznałam tej produkt, nie używam już niczego innego. Doskonale chroni przed nieprzyjemnym zapachem, choć niestety w bardzo upalne dni może sobie nie poradzić z nadmierną potliwością. Ma świetną formułę suchego kremu, szybko się wchłania, nie zostawia śladów. Rewelacja.
Vianek, nawilżający krem do twarzy na dzień - używam go i na dzień i na noc, ładnie nawilża, szybko się wchłania, pozostawia skórę pięknie nawilżoną, miękką i gładką. Ma przyjemny zapach u higieniczne opakowanie airless.
Cera+ SPF50, krem z filtrem - obowiązkowy kosmetyk w mojej kosmetyczce, zwłaszcza od wiosny do późnej jesieni. Tutaj akurat moje obecne odkrycie, doskonale się sprawdza, dobrze chwoni, nie bieli, dobrze się wchłania. Bardzo go lubię.


Pilniczek do paznokci - ma swoje stałe miejsce w mojej kosmetyczce. Zawsze jest tak, że jest najbardziej potrzebny gdy akurat nie mam go pod ręką, więc staram się, aby mieć go stale, zwłaszcza podczas wyjazdów.
Jednorazowa maszynka do golenia - tu chyba nie muszę nic wyjaśniać.
Biodent, pasta do zębów; Colgate, składane szczoteczki do zębów - również wyposażenie obowiązkowe, nie wymagające tłumaczenia.
InvisiBobble, gumka do włosów - choć często noszę rozpuszczone włosy, gumka to również obowiązkowy element w mojej kosmetyczce. Przydaje się podczas kąpieli, pływania w basenie czy jaccuzzi, a także wielu innych sytuacjach.


Lula, nawilżany papier toaletowy - zawsze może się przydać w sytuacjach awaryjnych.
Tangle Teezer, wersja kompaktowa - w domu używam klasycznej, w kosmetyczce noszę werję kompaktową. Już nie wyobrażam sobie czesania włosów czymkolwiek innym...
BeBeauty, chusteczki do demakijażu - tutaj wersja z płynem micelarnym, mój ulubiony, wyjazdowy sposób oczyszczania skóry. Nie zajmuje wiele miejsca, zastępuje przynajmniej kilka kosmetyków, szybko i sprawnie radzi sobie zarówno z demakijażem jak i porannym odświeżeniem cery. Są tanie, nie podrażniają skóry, nie wysuszają. Uwielbiam.
Optima Plus, olejek miętowy - zazwyczaj wożę ze sobą olejek eukaliptusowy, świetnie się sprawdza jako pierwsza pomoc przy przeziębieniu czy bólu głowy. Tym razem wzięłam miętowy, ale nie sprawdził się tak dobrze jak poczciwy eukaliptus.


Kolorówki na wyjazdy zabieram jeszcze mniej niż pielęgnacji, a i tak najczęściej pozostaje nieużywana w kosmetyczce.


Chusteczki nawilżane (Lula, BeBeauty) - przydatne w każdej sytuacji, najczęściej używam ich do zmycia resztek podkładu z dłoni po aplikacji.
Oriflame, Skin Dream BB Cream - krem BB, idealny na wyjazdy, zapewnia delikatne krycie i wyrównanie koloru skóry, nie wymaga dokładnej aplikacji, nie smuży, ładnie nawilża. Bardzo go polubiłam i świetnie się spisuje przy okazji wyjazdów.
Bell 2 Skin Pocket, matujący puder prasowany - ten sam puder w dwóch egzemplarzach, gdyz w jednym z opakowań była już końcówka, drugie nowe. W domu uzywam pudru sypkiego, jednak w podróży produkty prasowane sprawdzają się znacznie lepiej. Bell to marka tania, a pudry są dobrej jakości. Choć wolę inne serie (np. puder HD) ten też nie jest zły, robi co ma robić, nie daje sztucznego, pudrowego wykońćzenia, matuje i dobrze wygląda na skórze.


Kobo 308 Sahara Sand, brązer - idealnie matowy, o pięknym, chłodnym odcieniu. Pięknie się sprawdza w konturowaniu twarzy. U mnie odcień jaśniejszy (...), polecam serdecznie.
Wibo Diamond Illuminator, rozświetlacz - używam go jako cienia do powiek, doskonale się sprawdza w połączeniu z kreską lub solo, jako kompletny makijaż oczu. Ostatnio w tej roli do łask wrócił rozświetlacz Make Up Academy Undress Your Skin w odcieniu szampańskim.
Hean High Definition Mono, pojedynczy cień do powiek - jasny cień o matowym, satynowym wykończeniu. Fantastycznie rozjaśnia powikę, utrzymuje się cały dzień, nie osypuje się. Z pewnościa kupię go ponownie, gdy już sięgnie dna.
Catrice Eye Brow stylist, kredka do brwi (020) - w domu używam cieni w kremie (słynnego Maybelline Color Tattoo), na wyjazdy wybieram kredkę, bo jest szybsza w aplikacji, a efekt zadowalający. Ta ma przepiękny, chłodny odcień, jest delikatna, ale podkreśla odpowiednio moje jasne brwi. Utrzymuje sie cały dzień, choć kąpieli w basenie może nie przetrwać. Ja jestem zadowolona.
NYX, jumbo eye pencil (black i vanilla) - o ile z czarnej, której używam do kresek, jestem całkiem zadowolona, pomimo marnej trwałości i tendencji do rozmazywania się, o tyle biała, którą kupiłam w roli bazy pod ciennie, kompletnie się nie sprawdza. Zbiera się w załamaniach, a razem z kredką z powieki schodzi cień. Kupiłam, bo była wychwalana pod niebiosa, ale wolę kłaść cienie solo, bez żadnej bazy, trzymają się lepiej niż na tej kredce, może jako rozświetlacz spisałaby się lepiej, ale tego niestety nie wiem.


Sleek, podwójne lusterko - kiedyś dostałam je jako gratis do zakupów i korzystam praktycznie codziennie. Jest lekkie, trwałe, ładnie wykonane, z jednej strony powiększające, drugie zwykłe lusterko.
Oriflame, WonderLash mascara - jedna z lepszych maskar jakie miałam okazję używać. Przepięknie wydłuża rzęsy, fantastycznie je rozczesuje, nie osypuje się, ma ładny, czarny kolor i w promocji dobrą cenę. Nie wiem niestety czy nadal jest dostępna w katalogach Oriflame, ale jeśli tak, to polecam z czystym sumieniem.
Catrice Eyebrow Filler (010), żel do brwi - jak pisałam wcześniej, brwi wypełniam kredką (bądź cieniem), po przypudrowaniu twarzy natomiast przeczesuję je jeszcze żelem. Ten ma przyjemny, jasny, chłodny odcień, wygodną szczoteczkę, jest szalenie wydajny. Bardzo go lubię i z pewnością nie raz będę powracać.
Oriflame Soft Defuse Pwder Eye Liner, liner mineralny - mój jest w odcieniu grafitowym, daje przepiękny, subtelny efekt delikatnego smoky, niestety lubi się osypywać, ale uwielbiam go właśnie na wyjazdy, bo nie wymaga dużej precyzji podczas aplikacji dając jednocześnie bardzo ciekawy efekt.


Ostatnim punktem jest zestaw podróżny pędzli marki Sunshade Minerals, o których mogliście już u mnie przeczytać. Pedzle są wysokiej jakości, miękkie, puszyste, doskonale się czyszczą, znajdują się w wygodnym etui. Zestaw jest kompletny, nie wymaga dokładania żadnych pędzli i zupełnie wystarczy do wykonania pełnego makijażu. Polecam z czystym sumieniem, również większe zestawy, bo to dobre pędzle w bardzo przystępnej cenie.

I to by było na tyle jeśli chodzi o moją wyjazdową kosmetyczkę. A jak u Was z ilością kosmetyków?

Pozdrawiam,

środa, 13 lipca 2016

Recenzja - Bell, Mat Lipstick 01 i 02

Biedronka to jeden ze sklepów w którym z racji dostępności (mam go po drodze do pracy) bywam najczęściej, nie tylko po zakupy spożywcze. Od pewnego czasu na jej dziale kosmetycznym stoi kusząca szafa z kosmetykami marki Bell, którą znam od lat, lubię i cenię, a niektóre z jej produktów należą do moich ulubieńców (np. puder HD czy mineralny). Gdy na jednej z półek zobaczyłam matowe pomadki w śmiesznie niskiej cenie nie mogłam się oprzeć i wrzuciłam do koszyka nie jeden, a dwa kolory. Jak pomadki spisały się na moich ustach? Zapraszam na recenzję.

Bell Mat lipstick
Matowa pomadka do ust
Kolory: 01 i 02


Cena regularna: 8,99 pln
Pojemność: brak danych
Dostępność: drogerie internetowe i stacjonarne, Biedronka (szafy marki)

Pomadki zapakowane są w typowe dla szminek opakowania z wysuwanym sztyftem. Wykonane z plastiku, w kolorach czerni łączonej z soczystą maliną i srebrnym pierścieniem pośrodku, są solidne, zamknięcie trzyma porządnie, plastik jest dobrej jakości. Sztyfty wysuwają się trochę opornie, ale nie sprawiają kłopotów.


Pomadki skusiły mnie ładnymi opakowaniami, obietnicą matu oraz ślicznymi kolorami. 01 to jasny, nudziakowy róż, 02 to również róż, jednak zdecydowanie mocniejszy, z delikatną domieszką odcienia koralowego. Obydwa odcienie bardzo w moim typie i guście.


Pierwszy zarzut w przypadku obydwu pomadek dotyczy domniemanego matu. Pomadki mają zdecydowanie wykończenie kremowe, a nie matowe, może lekko satynowe. Wprawdzie bez drobin, jednak to, że pomadka nie ma brokatu czy innych błyszczących drobinek nie czyni jej jeszcze produktem matowym.
Pomadki dobrze się aplikują, gładko suną po skórze, choć wymagają precyzji i kilku warstw, aby kolor był jednolity i dokładnie taki jak sztyftu w opakowaniu. W przypadku odcienia jaśniejszego, 01, potrzeba aż trzech warstw produktu dla zadowalającego i kryjącego koloru. W przypadku ciemniejszego odcienia 02 dobre krycie dają już dwie warstwy produktu.

Drugi poważny zarzut to w przypadku odcienia jaśniejszego trwałość, a właściwie jakość. Jasnoróżowa pomadka wygląda dobrze tylko bezpośrednio po aplikacji, choć może podkreślać suche skórki. Po zaledwie kilkunastu minutach zaczyna wchodzić w załamania skóry, a także ważyć się, co wygląda bardzo nieestetycznie i nieelegancko. Lepiej nie mieć na ustach nic, niż pomadkę która wygląda tak, jak ta.
Kolor nie wżera się na szczęście w usta, więc spokojnie możemy pomadkę usunąć zwykłą chusteczką higieniczną i zastąpić innym, lepszym produktem. Trwałości nie jestem w stanie ocenić, bo pomadka tak źle wygląda na ustach, że nie jestem w stanie tego zweryfikować.


Kolor ciemniejszy jakościowo wypada dużo lepiej. Do ładnego krycia wystarczą dwie warstwy pomadki, kolor jest jednolity, równomiernie schodzi, na ustach wygląda ładnie i soczyście. Nie waży się, choć z czasem wchodzi w załamania skóry, jednak mimo wszystko nie wygląda tak nieestetycznie jak odcień jaśniejeszy. Pomadka utrzymuje sie bez jedzenia kilka godzin, zostawia niestety nieestetyczne ślady na szklankach i kubkach, mimo to na ustach również nadal jest widoczna. Z tego odcienia jestem dużo bardziej zadowolona.

Wybaczcie nierówno pomalowane usta...

Być może jestem rozpieszczona świetnymi jakościowo produktami innych marek (od matowych pomadek i kredek Golden Rose począwszy, poprzez płynną pomadkę Sleek i flamastry Astor, na kultowym Bourjois Rouge Edition Velvet skończywszy), jednak po matowej pomadce oczekuję matu i ładnej, eleganckiej prezentacji na moich ustach, nawet kosztem trwałości. Niestety, jasny odcień  Bell Mat Lipstick nie spełnia żadnego z moich oczekiwań, nie jest ani matowa, ani trwała, a na ustach wygląda po prostu fatalnie. Nie jest warta nawet tak niskiej ceny.
Kolor ciemniejszy jest dużo lepszy jakościowo, jednak należy uważać bo brudzi wszystko nadal pozostawiając kolor na ustach, co dziwne. Pomimo wszystko nie powrócę do tych pomadek.

Czy kupię ponownie? 
NIE
Ocena ogólna:
Odcień 01
Odcień 02

Pozdrawiam,

niedziela, 10 lipca 2016

Niekosmetyczna niedziela - Dominika Gwit, Moja droga do nowego życia

Po blogowych wakacjach powracam dzisiaj z postem niekosmetycznym.


Dominika Gwit znana jest z kilku ról, jednej filmowej i dwóch serialowych, ale dla najszerszego grona "zwykłych śmiertelników" znana się stała wtedy, gdy zaczęła z programem Konrada Gacy walczyć o szczupłą sylwetkę. Chudła w szybkim, wręcz niezdrowym tempie. Schudła tak bardzo, że wyglądała na chorą, nieapetycznie, chłopięco i bardzo nieproporcjonalnie. Schudła po to, by w niespełna rok po osiągnięciu swojej, jak podkreśla w książce, wymarzonej sylwetki... przytyć. I to nie mało, bo 25 kilogramów, jak deklaruje.


Choć jej poczynań aktorskich zupełnie nie śledzę, tematyka związana z odchudzaniem jest bliska memu sercu, dlatego, gdy dowiedziałam się, że Dominika napisała książkę o swoich przygodach z odchudzaniem, natychmiast weszłam na stronę empiku i zamówiłam ją w przedsprzedaży.

Książkę czyta się szybko i lekko, Dominika nie daje w niej rad dotyczących odchudzania, nie podaje jadłospisów czy programów ćwiczeń. Po pierwsze dlatego, że nie jest specjalistką, po drugie - bo za program odchudzający zapłaciła kupę kasy i pewnie nie wolno, albo szkoda jej, dzielić się tą wiedzą. Dla mnie książka to jej spowiedź. A, że niestety nie utrzymała wagi, co po programie, który stosowała jest niestety bardzo częste, wręcz nagminne, musi teraz "świecić oczami". Zrobiła ze swojego odchudzania historię, którą z zapartym tchem śledził niemal cały kraj, a przynajmniej fani telewizji śniadaniowych, to teraz musi się przed tymi tysiącami ludzi tłumaczyć dlaczego pozwoliła sobie na ponowne utycie.


"Otyłość, to choroba, która polega na tym, że metabolizm jest zwolniony i organizm nie spala tak jak u zdrowego człowieka. Jest uznawana za jedną z chorób cywilizacyjnych, a Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła, że osiąga rozmiary epidemii! Zbyt wiele kalorii w diecie, brak aktywności fizycznej, tempo życia, stres... Ogromną rolę pełnią też czynniki genetyczne, stąd "rodzinna" otyłość". [fragment książki].

Nie mam pojęcia skąd autorka czerpię tę wiedzę. Owszem, otyłość jest chorobą co nadal wielu lekarzom trudno przyznać. Ma podłoże fizyczne, ale przede wszystkim emocjonalne. Nie jest natomiast prawdą, że metabolizm jest spowolniony. Badania wykazują, że metabolizm u człowieka z nadwagą czy otyłością, poza nielicznymi przypadkami chorób metabolicznych, jest identyczny jak u osoby szczupłej. Problemem nie jest spowolnione spalanie kalorii, ale ich ilość dostarczana do organizmu każdego dnia.
Po drugie, nieprawdą jest, że otyłość jest uwarunkowana genetycznie. Otyłość rodzinna jest wynikiem odżywiania się według tych samych przyzwyczajeń i schematów, które utrzymujemy nadal po wyjściu z domu rodzinnego. W domu żywimy się tłusto i niezdrowo i tak samo odżywiamy się poza domem. Stąd często otyłość występująca u wielu osób w tej samej rodzinie.

Każdy, kto miał do zrzucenia więcej niż kilka kilogramów, a u Dominiki było to kilkadziesiąt, wie, że nie jest to ani łatwe, ani proste, ani przyjemne. Odchudzanie jest ciężką pracą i wymaga mnóstwa poświęceń nawet dla osób, które nie są rozpoznawalne i nie żyją na oczach tysięcy ludzi, a więc i w takich warunkach się nie odchudzają. Najtrudniejsze jednak jest utrzymanie tej nowej, niższej wagi.

Dominika kończąc pisać swoją książkę, wiedziała już, że poniosła porażkę, choć wtedy jeszcze nie wiedziała jak wielką. Teraz tłumaczy, że pogodziła się ze swoim ciałem i kilogramami, że dobrze się ze sobą czuje. Jednak ja tego nie kupuję.

W książce czytamy wiele gorzkich słów na jej temat, słów, które sama o sobie mówi. Nikt, kto myślał o sobie w wersji otyłej w taki sposób nie przekona mnie, że teraz już się pokochał i pogodził z własnym losem. Po prostu tego nie kupuję.

"Otyłość jest okropna, zwłaszcza dla kobiety, szczególnie młodej, która w głębi duszy pragnie być atrakcyjna, chociażby sama dla siebie. [...]  Opróżniłam lodówkę i na koniec jeszcze kupiłam sobie chipsy, żeby przed dietą poczuć ich smak. Wiedziałam, że czeka mnie długa droga i że następne chipsy zobaczę za jakiś rok... Teraz gdy to piszę, śmieję się sama do siebie, bo dziś nie potrzebuję do szczęścia takich przekąsek, ale wtedy nie spodziewałam się tego, jak bardzo kolejny rok zmieni moje życie i myślenie o jedzeniu" [fragment książki].

Czyżby? Jeśli tak, to dlaczego efekty są aż nadto widoczne na Twoim ciele? Dlaczego, skoro nie potrzebujesz takiego jedzenia, jesz je?


Dominika podkreśla jak rewelacyjnie się czuła będąc osobą szczupłą, jaka była szczęśliwa i zadowolona z siebie, a jednak teraz, ważąc grubo ponad 20 kg więcej niż po skończeniu diety Konrada Gacy zapewnia, że jest szczęśliwa, zdrowa, że wszystko jest ok.

Nie, nie jest, i to widać aż nazbyt wyraźnie w książce jej własnego autorstwa. Moim zdaniem za szybko zdecydowała się na opowiedzenie własnej historii, bo teraz musi się obcym ludziom tłumaczyć z tego, dlaczego wtedy jako gruba była nieszczęśliwa, a teraz już jest, choć znowu jest gruba.
Nie mogę powiedzieć, że wiem co ona czuje, bo każdy z nas przeżywa takie historie we własny, unikatowy i typowy tylko dla siebie sposób. Jednak sama mając olbrzymią nadwagę, chudnąc i tyjąc na powrót mogę podejrzewać, że nie jest jej wcale tak dobrze, jak to próbuje wszystkim wmówić. Nie wierzę po prostu, że tak lekko do tego podchodzi. Jednak przecież ludziom trzeba coś powiedzieć.



Pamiętam pewien wywiad z Dominiką, przeprowadzony tuż przed premierą książki. Zapewniała, że nie uważa, aby poniosła porażkę. Owszem, poniosłaś. Pięknie schudłaś na wycieńczającej i bardzo restrykcyjnej diecie, ale nie wytrzymałaś ciśnienia i rzuciłaś się na jedzenie, które lubisz i którego Twojemu zagłodzonemu organizmowi najwyraźniej brakowało. Dlatego efekt jest, jaki jest.

Moja rada dla Dominiki, to terapia u dobrego terapeuty, specjalizującego się w zaburzeniach odżywiania pod kątem otyłości i kompulsywnego objadania się, o ile uda Ci się takiego znaleźć, bo nie jest to proste. Wiem, czym jest wielka otyłość i sama uczę się z nią walczyć. Każdy może tego dokonać, tylko trzeba się za to zabrać od odpowiedniej strony. Niestety bez wsparcia terapeutycznego, bez zrozumienia, dlaczego mamy problem z jedzeniem, żadna dieta i żaden program odchudzania nie przyniesie trwałych efektów. A program pana Gacy niestety nie zapewnia psychologicznego wsparcia. Wiem, bo sama go stosowałam przez kilka miesięcy. Pomoc ograniczała się do rozliczania z efektów, ale to temat na inny post.


"Zdrowe, racjonalne żywienie - to od razu przyszło mi do głowy. [...] Dobra, zdrowa, zbilansowana dieta dostarcza organizmowi wszystkich najważniejszych składników i lekki głód na prawdę nie jest oznaką, że czegoś nam brakuje. [...] to na prawdę szalenie ważne, aby trening był układany indywidualnie, tak samo jak dieta. Jeżeli tylko możemy sobie na to pozwolić - skorzystajmy z porad specjalistów. [...] Tylko dieta, która jest różnorodna i bogata we wszystkie wartości odżywcze, daje zdrowy efekt!" [fragmenty książki].

Skoro tak, to dlaczego nie wybrałaś się do wykwalifikowanego dietetyka? W połączeniu z dobrym trenerem i psychoterapeutą myślę, że, choć znacznie wolniej, to jednak osiągnęłabyś trwały efekt. A nie rozpoczynać dietę, która, wbrew temu, co piszesz, nie jest ani odpowiednio skomponowana, ani zbilansowana, ani zdrowa. A już przede wszystkim nie jest indywidualnie dopasowywana do nas. "Specjaliści" Konrada Gacy mają gotowe rozpiski w kilku wersjach i generalnie każdy dostaje ten sam jadłospis zmieniający się w zależności od etapu odchudzania. Dokładnie to samo dotyczy treningu.
Racje żywnościowe są wręcz głodowe, jadłospis bardzo ograniczony a możliwość komponowania posiłków praktycznie żadna, bo nie wolno nam wychodzić poza to, co w jadłospisie. Nie ma nawet możliwości zamienienia produktów, które nie przechodzą nam przez gardło (w moim przypadku to np. suszone śliwki, które powodują odruch wymiotny) na inny, bardziej zjadliwy produkt i zbliżonej wartości odżywczej.
Do tego w programie jest sporo ćwiczeń fizycznych, czy lubimy czy nie.

"Uda już nie ocierały się o siebie tak, że je raniłam, a na dodatek nie miałam zadyszki. Poza tym założyłam krótkie spodenki! Matko! Jak wielka to była radość! Mogłam w końcu latem swobodnie spacerować! Nie wstydziłam się! To było Piękne uczucie... [...] Czułam się wolna. Czułam, że uwalniam się od koszmaru otyłości, że on nadchodzi, a ja mogę wszystko! [...] Wiem, powtarzam się, ale było to dla mnie na prawdę wielkie przeżycie. Cały czas siedziały mi w głowie zakupy w dziale "big size" i t-shirty w rozmiarze XXL lub zwiewne spodnie na gumce w rozmiarze 50. Dlatego ta 'eska' tak mnie cieszyła. Coś niebywałego". [fragmenty książki].

Czy na prawdę jesteście gotowi uwierzyć, że ktoś, kogo tak radowała szczupła sylwetka, nie ocierające się o siebie uda i możliwość założenia krótkich spodenek nie ma problemów z tym, że znowu utył? Że wszystkie problemy powróciły, a on mimo to jest szczęśliwy i pogodzony ze sobą? Ja, powtórzę to raz jeszcze, nie kupuję tego.

Link do artykułu i zdjęć Dominiki z promocji książki. [źródło: Pudelek.pl]

Podsumowując lekturę, książka jest słaba, marnie napisana, do tego historia Dominiki kompletnie mnie nie przekonuje. Choć, jak wspomniałam, czyta się ją lekko i szybko, nie wniosła nic nowego, nic odkrywczego w moje życie czy poglądy na temat odchudzania. Ot, kolejna historyjka znanej osoby, która schudła..., ale tak nie do końca. Do tego premiera i promocja książki oparta jest na jednym wielkim kłamstwie, bo autorce nie tylko nie udało się utrzymać nowej wagi i figury, którą tak szczerze lubiła i którą się chwaliła, ale wręcz przekonuje teraz wszystkich, że jest jej z tym dobrze, że kocha siebie, swoje ciało i swoje kilogramy. A może najbardziej próbuje przekonać o tym siebie samą? To "nowe życie" okazało się dla Dominiki zbyt trudne, zbyt monotonne i zbyt restrykcyjne, aby zechciała w nim pozostać. Cóż, szkoda. Pozostaje mi życzyć jej powodzenia, jeśli ponownie postanowi schudnąć, tym razem w bardziej racjonalny i zbilansowany sposób.

Nie polecam. Lepiej te pieniądze wydać na inną, ciekawszą i coś wnoszącą w nasze życie pozycję, niekoniecznie o odchudzaniu.

Jeśli ktoś z Was ma ochotę na poznanie całej historii, proszę o informację w komentarzu + adres maila. Z przyjemnością podzielę się moim egzemplarzem.

Pozdrawiam,